Jak kończą ludzie, którzy walczą o prawdę

Niedługo po drugiej wojnie światowej, mojej babci siostra w wieku 21 lat została zamordowana na posterunku milicji w Gdyni. Była tam stenotypistką, i narzeczoną naczelnika. Uznano, że to samobójstwo. Ale nie zgadzała się ręka, przy której znaleziono pistolet, którym niby strzeliła sobie w głowę, ani ułożenie tego pistoletu. Mój pradziadek walczył o prawdę oskarżając milicję o mordersto, bo ciotka na pewno nie chciała popełnić samobójstwa. Chciał poznać powody. Moja rodzina podejrzewa, że mogła za dużo wiedzieć, bo spisywała zeznania więźniów. Pradziadka uciszono wsadzając go do więzienia z wymyśloego powodu. Nigdy już z niego nie wrócił. Dowodzono, że dostał zawału. Moja prababcia do końca życia spała ze zdjęciem z miejsca morderstwa ciotki Stefki żeby go nie stracić, i mieć dowody, że jej córka nie popełnila samobójstwa.
W IPN prawie niczego nie da się znaleźć. Moja babcia zawsze mi powtarzała, że jestem bardzo podobna do jej sistry, i żebym uważała na siebie. Może ktoś z Was wie, jak odgrzebać tak dawną prawdę z lat powojennych?? Czuję ciągły nepokój przez tę sprawę, wściekłość na system prawny, i chęć poznania prawdy. Zżera mnie to od środka. Ta niesprawiedliwość i ten cichy sposób na pozbycie się i mojej ciotki i mojego pradziadka, pozbycie się problemów. Ludzi, którzy za dużo wiedzą. Ludzi, którzy walczą o prawdę…
Continue Reading

Ich sierść jest przywykła do brudu

Jak wytłumaczyć tej suni, że nie wiesz, czy wrócisz jeszcze kiedyś wziąć ją na spacer? Że sam nie rozumiesz nawet, czemu aż tyle razy po nią wracałeś, upewnić się tylko, jak sobie radzi, a widząć jak ona się cieszy na twój widok, już tym nawet byłeś zmieszany. Ona patrzy znów na Ciebie tymi rozumnymi oczami, a jednak nie rozumie twoich słów. Jest tak naiwna, że aż ci szkoda zostawiać ją pod opieką innych. Ale wiesz, że z nią nie pojedziesz tam, gdzie marzysz. Nie zobaczysz tego, co zawsze chciałeś. I nie poznasz tych wszystkich ras, maści, wielkości, ani tych kościstych jak harty, ani tych puszystych, jak pudelki, czy choćby maltańczyki. Ani tych bardziej szczekliwych, ani tych mniej lękowych. Ale jednak gatunkowych. Nie to co ona. A ty chcesz spróbować wszystkich, by móc ocenić, jak wykwintny jest twój smak. Nie lubisz takich, których rodowód jest niepewny, a co dopiero takich jak ta suka – która nawet tego rodowodu nie posiada, bez przeszłości, którą mogłaby się pochwalić przed kimkolwiek. Jedzącą byle co z byle czyjej ręki. Bez adresówki nawet, bo nikt jej nigdy nie szuka, ani nikt nie zna do końca jej imienia, bo nikt jej nawet przecież nie nazwał. Nie ma możliwości pochwalenia się nią na żadnym wybiegu, ani wzięcia udziału w żadnym konkursie. Z taką wstyd nawet iść na spacer, a co dopiero umawiać się z innymi kumplami, którzy obnoszą się swoimi wysubimowanymi sukami, takimi jak dalmatynki, golden retriverki, czy saterki. Masz nadzieję, że ona przestanie czekać na ciebie pod tymi drzwiami, i zrozumie, że niktóre suki po prostu zostają bez swojego pana. Że ich pan nawet nigdy nie był ich, one tylko miały taką nadzieję…

Niektóre suki powinny po prosrtu wiedzieć, że nie wybiera się pana, który tylko niechcący na nie wpadł, i tylko przez przypadek je pogłaskał. A smaczki, które je dał, zostały mu przecież po innych sukach, i one się cieszyły z nich nawet jak były wywietrzałe. Niektóre suki bez sensu czekają pod czyimś domem, zamiast zająć się swoją dalszą tułaczką za upuszczonymi przez innych smaczkami. I polowaniem na promienie słońca i strumyki wody. Bo ich dom ma dach z nieba, a ich miejsce do spania znajduje się pod każdym krzakiem. Ich sierść jest przywykła do brudu, a skóra do braku dotyku. Więc po co skomlą o więcej…?

Photo by Yannis H on Unsplash

Continue Reading

Trójmiejskie SKM – czy to żarty, czy to jednak przemoc?

Podwyżki cen SKM w Trójmieście to już standard. Ale obecnie SKM przeszło samo siebie. Zero etyki, zero patrzenia w coraz skromniejszą kieszeń podróżnych, poczucie bycia monopolistą na rynku komunikacyjnym ze względu na oddzielny budżet każdego miasta w Trójmieście na autobusy, tramwaje, i wynikający stąd brak dobrej komunikacji między miastami. Co z kolei ustanawia kolej SKM jako najszybszą i jedyną możliwość połączenia między Gdańskiem, Sopotem i Gdynią. (…)

Już powstało trochę skeczy o trójmiejskij komunikacji. Tylko one są chyba bardziej już gorzkie niż zabawne. Zapewniam każdego kto nie był w Trójmieście, że ciężko jest się połapać w biletach, gdy każde miasto ma swoje, i każde sobie rzepkę skrobie. Współczuję obcokrajowcom, którzy z pewnością nie łapią się w polityce biletowej. I też nie jest to śmieszne, że ludzie, w tym młodzi studenci, są zmuszani do używania aut by dojechać nawet kilka kilometrów, bo nagle okazuje się być to tańsze. Mimo że nieekologiczne, i tworzy problem korków zamiast z tym problemem skutecznie walczyć.

Obecnie bilet kwartalny po całej wielkiej w porównaniu z Trójmiastem Warszawie jest tańszy od MIESIĘCZNEGO biletu na skm w Gdańsku. Nawet nie umiem tego nazwać – czy jest to mocnym żartem, czy skandalem, czy jakąś niewiarygodną pomyłką w obliczeniach, ale na pewno jest spowodowane chęcią zysku kolei SKM. 

I powiem Wam tak, można zrobić strajk społeczny. Robiłam już strajk kobiet, mogę i strajk na kolei. Ale denerwuję się, że nie chroni nas żadne prawo odgórnie, i nagle musimy sami wychodzić na ulice wlaczyć o swoje prawa! Uważam, że najpierw ktoś powinien nas chronić odgórnie, jakieś prawo konsumenckie musi przecież stanowić o tym, że ceny w Trójmieście, w którym za cholerę nie ma większych zarobków niż w Warszawie chociażby, nie mogły być ceny ponad trzykrotnie wyższe za bilety niż w stolicy… Partia Razem składa właśnie pismo do UOCKiK, ale coś mi się wydaje, że tutaj bez ingerencji Unii nic nie zdziałamy. Niestety ECK dotyczy (Europejckie Centrum Konsumenckie) dotyczy tylko praw pasażerskich transgranicznych, więc gdzie, och powiedzcie gdzie,  zgłaszać się ze swoimi skargami, żeby zostały one nie tylko usłyszane i wyśmiane, ale usłyszane i zamienione w czyn, w czyn powrotu do cen poprzednich, i zarazem ukaranie SKM karą taką, by już nigdy jej się nie zachciało zadrwić z naszych pasażerskich praw do dojazdów w cenach rozsądnych, nie naruszających naszej godności i prawa do bycia traktowanymi poważnie i na równi z innymi pasażerami w Polsce?

Jako Polacy jesteśy przyzywyczajeni do oddolnej inicjatywy. Że jakaś wkurzona chociażby taka ja matka kur*a polka, która musi zapłacić za miesięczne dla swoich dzieci, oceniając że nie opłaca się jej dzieciom jeździć do szkoły, na wkurwie zrobią strajk. Ludzie czekają, że jakiś naiwny społecznik straci swój czas na opisanie sytuacji w necie chociażby, albo podburzy ludzi i zarządzi oddolnie, od piwnicy własnej chaty, w której narysuje kilka plakatów i zorganizuje zbiórkę iicjatyw dla reszty buntownikó, niemalże jak w czasach wojny po to, by stworzyć ruch podziemny, który wyjdzie ze swoich piwniczannych kryjówek i porwie się na tych, którzy nas upokarzają. Tak jak robi to teraz jawnie i bez żandego skrępowania kolej SKM. Ale jest coraz mniej takich zrywnych podziemnych działaczy, i to nie fair, że w czasach cywilizowanych, nadal musimy się bawić w podziemia, podczas, gdy ktoś powinien odgórnie zakazać podwyżek zanim one w ogóle weszły w życie.

W moim odczuciu najlepszym rozwiązaniem byłaby zbiorowa zmowa pasażerów by jeździć koleją skm nie kupując żadnych biletów, i na każde wezwanie do zapłaty odpowiadać, że nie stać nas na taki wydatek względem naszych zarobków, który na dodatek wiąże się z odebraniem nam godności jako ludzi, którzy nagle muszą przeznaczać na bilety tyle samo pieniędzy co na jedzenie, co nagle stanowi znak zapytania, czy nie odebrać sobie czegoś od ust, żeby się przejechać między sąsiednimi miastami. I gdyby tak się nazbierała sterta takich odmów na opłacenie kar, i gdyby to dalej poszło do sądów, może wtedy można by było trafić z tym problemem do trybunało konstytucyjnego. Ale wiem i rozumiem, że ludzie w większości boją się kar, i jako osoby zastraszone nie potrafiłyby mieć takich jaj, by postawić się tej narzuceonej formie przemocy ekonomicznej. Jednak wtedy dopiero wygralibyśmy z wrogiem. Jakim dzisiaj stała się dla nas kolej SKM. Nasz trójmiejski przemocowy przewoźnik. Wydawałoby się, że komunikacja miejska powinna być dla pasażerów. Ale w Trójmieście okazuje się, że to pasażerowie są dla komunikacji… Kasa tych pasażerów i brak wyjścia z sytuacji, jaką zapewnia nam jedyny przewoźnik łączący nasze trzy miasta.

Photo by Stanisław Krawczyk on Unsplash

Continue Reading

Ile zmieścisz w sobie ciszy i odwrócnych pleców

Ile maili, na które nikt nie odpowiedział, bo nic dla tych osób nie znaczysz, sprawiło ci w końcu taki ból, że przestałeś już je pisać? Ile odwróconych pleców na zadawane przez ciebie pytania sprawiło, że przestałaś o cokolwiek pytać i prosić? Ile imprez, o których słyszałaś, a na które nie byłaś zaproszona sprawiło, że przestałaś pragnąć imprez? Ile nieodebranych telefonów, zignorowanych wiadomości, sprawiło, że przestałaś wierzyć, że ktoś odpowie? Ile razy marzyłaś o tym, że ktoś zaskoczy cię wizytą, albo zorganizuje dla ciebie przyjęcie na twoje urodziny, zanim przestałaś w nie nawet wstawać z łóżka? Ile razy wierzyłaś, że jak się komuś zwierzysz, to ktoś poczuje empatię, a nie pogardę? Kiedy zdałaś sobie sprawę, że nikt ciebie nie wyczekuje, a wręcz że dużo osób ma nadzieję, że się nie zjawisz, że nie będziesz zajmować komuś czasu ani przestrzeni? Ile osób dało ci do zrozumienia, że nie jesteś już nic warta, skoro zrezygnowałaś z kariery i na co dzień rezygnujesz z rzeczy, do których większość dąży? Jak pozycja społeczna, świetne auto, pięke mieszkanie, którymi należy się chwalić i nimi ustanawiać swoją wartość dla świata.  Jak często czułaś, że ktoś czuje ulgę, że odwołujesz spotkanie, albo najlepiej nie przyjmujesz nawet zaproszenia, bo przecież nie umiesz rozmawiać o tym, jak zdobywać świat, i jesteś za słaba, by bawić się w pokazywanie swoich mocnych stron, bo już sama nie wiesz, czy choćby jedną taką posiadasz?

Nic tak nie boli jak echo pukania, na które nikt nie odpowiada. Oraz szept za drzwiami, który wiesz, że oznacza, że ktoś woli, żebyś odeszła spod nich niż zawracała komuś głowę swoimi głupimi problemami. Nikt nie lubi problemów. Nikt nie lubi pukania do drzwi. Każdy woli ludzi sukcesu. A tacy nie muszą nigdzie pukać. Dla nich drzwi stoją zawsze otworem.

Tylko czy rzeczywiście chcesz się dostać do tego świata, który jest tak bardzo różny od twojego? Czy nie lepiej jest zostać na świeżym powietrzu, którego nie trują żadne słowa? Którego nie trują żadne przedmioty.

Photo by Juli Kosolapova on Unsplash

Continue Reading

Nie skowyczę już też. Ani nie szczekam.

Kiedy przypomnisz sobie mnie dzisiaj, bo pewnie sobie przypomnisz. Może gdy będzie zapadał już zmrok. Ukłuje cię pewnie ta myśl, że nadal czekam tam, gdzie zostawiłeś mnie na smyczy czekającą aż wrócisz. Bo mówiłeś przecież, że nigdzie się dalej nie wybierasz. Tylko na chwilę musiałeś mnie zostawić przyczepioną do słupka, żebym pozwoliła ci pójść gdzieś samemu.

Już tyle osób chciało zdjąć te smycz, żeby wziąć mnie ze sobą albo puścić wolno. Ale na to nie pozwalałam. Pokazywałam im tylko zęby i warczałam mimo, że było mi tak zimno i byłam taka głodna. Uznawali, że nie warto się ze mną szarpać i przyzwyczaili się już do mojego widoku przypominającego posąg. Osobę zamarłą w oczekiwaniu na swojego Pana. Więc wiesz, że czekam gdzieś pokornie dzień za dniem, od jednego sylwestra do drugiego. Już nie stoję nawet. Teraz leżę. Waruję.

Nawet gdy wokół ludzie się bawią i skaczą z radości do kolorowych fajerwerków, mnie już nic nie porywa by wstać i się cieszyć. Nie skowyczę już też. Ani nie szczekam. Bo mój głos nie pomógł wcale żebyś wrócił. Cierpię w tępej ciszy. Patrzę codziennie w gwiazdy wieczorami błagając je, by mój ból odbił się w ich świetle, bo może chociaż tym sposobem przywołam cię z powrotem. Gdy sam spojrzysz wysoko szukając w ich toni głębi moich oczu. Z których kiedyś zawsze czytaliśmy bezbłędnie wszystkie nasze myśli. I marzenia.

Tylko czy ty masz czas patrzeć w gwiazdy? Czy patrzysz już tylko w inną osobę, i nie chcesz zgubić jej na swoim spacerze? Bo może boisz się przywiązać znów kogoś swoim sznurkiem i zaczepić o przydrożne drzewo. Albo słupek. Bo to musi boleć także ciebie. Innego ciebie nie pamiętam. Pamiętam tylko takiego ze współczuciem. Pamiętam jak głaskałeś moją głowę, i mówiłeś, że „wszystko będzie dobrze”. Dlatego czekam aż tak będzie.

Czy patrzysz więc jeszcze w niebo, w którego drogi mleczne nie wierzyłeś, że nam wyznaczają los? Czy odwróciłeś już całkiem wzrok od tego, co nam przeznaczone i nie chcesz żeby gwiazdy ci już cokolwiek podpowiadały?

Jeśli spojrzysz, tak jak lubiliśmy to robić, w niebo, to może pozwolisz by z gwiazd spadł na ciebie śnieg i roztopił się na twoich oczach i ustach jak przesłany ode mnie pocałunek. Wysłany z tego zimnego miejsca, w którym ciągle jestem. Tego miejsca bez dachu. Zaczepiona o przydrożny słupek, przy którym powiedziałeś tylko do mnie patrząc w oczy „nie odchodź”, by sam móc odejść. Z niepewnością swoich zamiarów, z niepewnością czy wracać do stworzenia tak przywiązanego do ciebie, że nie trzeba się o nie wcale starać, by go nie stracić. Tak wiernego, że nikogo do siebie tak blisko nie dopuści. Tak naiwnego, że nie rusza się na krok nawet po latach czekania. Kundla którego nikt nie da rady odpiąć od twojej smyczy. Który nie zamarznie nawet w największym mrozie. Bo tak bardzo grzeje go nadzieja, że ta miłość NIGDY NIE wygaśnie. I że właściciel kiedyś musi wrócić. Musi wrócić… 

Photo by Tyler Martoia on Unsplash

Continue Reading

Mam ochotę odpocząć od noszenia ciężarów

Najgorszy ból to ten emocjonalny. Tak ciężko jest się go pozbyć, że ciało bardzo często somatyzuje, samo wprawia w ból jakieś nasze słabe punkty – czy to kręgosłup, czy mięśnie, czy stawy, czy głowę. I my to najczęściej ignorujemy, albo bierzemy jakąś tabletkę na ból, żeby tylko go zniwelować. Choćby na chwilę. Bo nie wierzymy, że da się dotrzeć do sedna sprawy. Że da się znaleźć źródło bólu gdzie indziej niż w naszym ciele. Bo nie wpadamy na to, że czasem czyjeś słowo, czy nawet spojrzenie potrafi nas zranić. Szczególnie jeśli jesteśmy nadwrażliwi. (…)

Ale te bóle niestety często prowadzą do poważnych chorób. Rozwija się w nas stan zapalny zazwyczaj wtedy, gdy coś boli. Bo ciało krzyczy, że jest mu niewygodnie. I często są to właśnie te niewygodne sytuacje, w których się znaleźliśmy w domu, pracy, szkole. W sklepie, w przychodni, w autobusie. Bo wszędzie nas otaczają ludzie, a każdy człowiek ma neurony lustrzane, i każdą nieżyczliwość, kpinę i pogardę potrafimy umieścić gdzieś głęboko w sobie, czując, że to się właśnie do nas odnosi, więc jeśli nie mamy odpowiedniego pnacerza, by nie przejmować się tymi kąśliwościami, pozwalamy temu rosnąć jak ziarenku w coraz większą roślinkę. Która się w nas zakorzenia. Pancerze wynosimy często z domu. Kto ma kochającą rodzinę, która nas uczy, jak odpierać ataki, lub jak nie przejmować się chamskimi gadkami, ten jest dużo silniejszy, niż osoba pozostawiona sobie samej. A takich osób jest całe mnóstwo. Bo w dzisiejszym świecie do domu zazwyczaj wraca się tylko, żeby coś zjeść, umyć się, i przebrać, na wiecznie trwającą wojnę o jak najlepszą kasę. O jak najpiękniejsze domy, o jak najszybsze auta. I w tej wojnie te małe dzieci często zostają same, żeby się przystosować do życia w tej rutynie, w tym stresie. W tym ciągłym szykowaniu stroju i broni, by wyjść na zewnątrz.

Dzisiaj tak wiele z nas musi brać antydepresanty, żeby nie bać się wstawać na kolejną walkę o wszystko. Żeby nie drżeć ze strachu, żeby nie płakać z byle okazji, żeby nie zdradzać swoich najgłębszych emocji. Walczę na moim blogu o przetrwanie tego, co ludzkie w ludziach, o wygrzebywanie swoich przeżyć, po to, by je przestudiować, by się nimi nie dławić, tylko wreszcie zdrowo przetrawić, gdy zrozumie się, z jakich aminokwasów się one składają. Piszę o łzach, bólu, cierpieniu. I tyle osób do mnie napisało o swoim bólu, tyle osób mi samej doradzało, co zbadać, jakie leki łykać, i co sami przeszli, że czuję się w pewien sposób odpowiedzialna, żeby pisać o tym dalej, bo wiem, że ludzie się chowają ze swoim bólem. Zakładają te swoje maski, zjadają te swoje tabletki na ból fizyczny i psychiczny, i od małego idą na tę idiotyczną wojnę… Gdzie wygrywają najczęściej ci, którzy nie mają emocji. Którzy jak Putin nie martwią się czyimś cierpieniem. Boję się wręcz tych ludzi, których nic nie boli. I którzy są szczęśliwi mimo całego nieszczęśliwego świata.

I sama walczę ze sobą, by nie brać kolejnych antydepresantów, zmniejszałam dawkę z ogromnej, która miała zapobiec moim bólom somatycznym spowodowanym tężyczką na tle nerwowym (kto ma tężyczkę ten wie, jak ciężko znaleźć źródło, ale zawsze stres ją potęguje). Bo nie chcę być bez uczuć. Bo wolę płakać, i przejmować się światem, niż być na niego obojętna.

Już prawie miesiąc „jestem czysta”, ale od kilku miesięcy zmniejszając dawkę wychodziłam z drętwień, które powodowały u mnie antydepresanty, ale wracałam do bólu. PRZESTAŁAM CZUĆ ODRĘTWIENIE CIAŁA, ALE CZUJĘ BÓL . Czuje go i mój kręgosłup, i moje ręce, i nogi. I głowa.

Byłam dwa dni temu u lekarki bojąc się, że mnie pouczy, że źle zrobiłam rzucając antydepresanty. Ale na nich ciężko mi było cokolwiek robić, bo ciągle chciałam spać, i byłam zwyczajnie drętwa, czułam że sturluję się codziennie z łóżka po to, by doturlać się do niego jak najszybciej to możliwe z powrotem. A chciałam wreszcie przestać się turlać. To teraz wstaję obolała, próbuję się rozprostować cały dzień, tak by wreszcie uznać, że najlepiej idzie mi to prostowanie na leżąco… Lekarka podotykała moje obolałe punkty, coś tam w nogach, a ręku zerwane ścięgna: „łokieć tenisisty” od codzienniego dźwigania ciężarów. Od codziennego dźwigania własnego życia z tego mojego łóżka. Mojego ulubionego miejsca na Ziemi, do którego tak lubię wracać, i najchętniej bym z niego nie wychodziła… I jak się dowiedziała, że już cztery miesiące łażę ze stanem zapalnym i stanem podgorączkowym, nakazała brać dwa razy dziennie leki na stan zapalny stawów, i wrócić jeśli się nie poprawi w dwa tygodnie. I te leki naprawdę o dziwo pomagają… Może nie jest idealnie, ale jest spoko. Cieszę się, że nie usłyszałam, żebym znów poszła do psychiatry, żeby wspomóc system nerwowy. Bo bym już nie poszła. Bo wybieram ból zamiast odrętwienia. Bo już się zaprzyjaźniłam ze swoją depresją. Z nią spędzam dni i noce, i się ciągle jej przyglądam, i zastanawiam, czemu ona sobie mnie tak bardzo upatrzyła…

I nie wstydzę się już przyznawać, że coś ze mną nie tak. Kiedyś nie umiałam się przyznać, że cierpię, bo nie chciałam wyjść na słabą kobietę, na marudę. Bo dzisiaj trzeba być twardzielką, jeśli się chce być KIMŚ. Ale ja za długo byłam siłaczką. Mam ochotę odpocząć od noszenia ciężarów. Tak bardzo bym chciała by ta wojna o zajebistość się wreszcie skończyła. Jestem nią wykończona…

Photo by Luca Iaconelli on Unsplash

Continue Reading

Nawet wtedy, kiedy całkiem już ciebie nie słyszę…

Otulam się twoim głosem jak miękkim i ciepłym kocem, w który chciałabym się zawinąć i z niego nie wychodzić. Nie kończ proszę swoich opowieści. I nie mów, że nie wiesz tego, kiedy znów będę mogła dotknąć twoich ust, których wypowiadane zdania o różnej częstotliwości drgań, dają mi złudzenia dłuższych i krótszych pocałunków. Wdycham twoje każde weschnięcie i przytulam każde słowo. Nie umiem wyjść z tej rozmowy, mimo że każdy mi mówi, że poraz już iść dalej, i nie szukać w pustych słowach żadnej nadziei na spacer za rękę.

Tak bardzo pragnę zasypiać przy tobie schowanym w moim telefonie, skoro nie możemy inaczej się spotykać. Skoro nie jest dane nam znaleźć się po drugiej stronie słuchawki. I ciągle napotykam przeszkody w połączeniu. Ciągle tracę zasięg. Ale nie chcę odkładać tej słuchawki, tylko ją ściskam jakby siła nacisku mogła sprawić, że wydobędę z niej ciebie.

Nie umiem się rozłączyć, nawet wtedy, kiedy całkiem już ciebie nie słyszę… 

Photo by lhon karwan on Unsplash

Continue Reading

Nie chowaj jej pod ziemią

Szukasz czasem w ogródku starej kości, którą lubisz się czasem pobawić i znów schować ją gdzieś głęboko pod ziemią, wiedząc, że i tak nikt inny jej znajdzie. Znasz jej smak, i nie umiesz z niego zrezygnować, chociaż wiesz, że ona nie chciałaby leżeć w niczyim innym ogrodzie, ani być gryzioną przez nikogo innego. (…)

Continue Reading

Hałas własnych wdechów i wydechów

Położył się obok mojego ciała mijając mnie wzrokiem prawie tak jak się to robi wobec współtowarzyszy jazdy w autobusie. Na których nie chce się patrzeć, ale dostrzega się ich zarys. I stara się tak poruszać, by nie otrzeć się o mnie. Patrzy przeze mnie, ale nie na mnie. Jakbym była jakąś panią w podmiejskim, z którą trzeba jeszcze chwilę wytrzymać w tym środku lokomocji, dążąc do jakiejś pętli, na której wszystkim wypada wreszcie wysiąść, wcześniej tylko znów niezręcznie przejść obok siebie starając się na siebie nie wpaść idąc ku wyjściu. By poczuć powiew wolności i swobodnie oddychać na zewnątrz.

Leżąc obok staramy się nie obciążać nawzajem hałasem własnych wdechów i wydechów. Ani tym bardziej swojego serca. By nie zostawić za wiele w pamięci po sobie. Zupełnie tak jak się to robi sąsiadce z autobusu, z którą łączy kogoś wspólna jazda, ale w końcu zawsze jest ten przystanek, na którym można zapomnieć o zapachu osoby, z którą się chwilę było obok.

Marzy mi się, że kiedyś usiądzie przy mnie ktoś, kto spojrzy mi w oczy, i nie będzie omijał mojego oddechu. Ktoś, kto nie będzie patrzył na zegarek licząc, ile minut będzie musieć wysiedzieć w tej niezręcznej ciszy lub zdawkowych zdaniach prowadzących jedynie do wysiadki. Zdaniach bez ciągu dalszego. I kto wybierze miejsce obok mnie nie tylko dlatego, że jest akurat wolne, tylko dlatego, że pasuje mu kształt moich ramion, do których będzie pasować jak ulał. I którego zapach sprawi, że od razu jak go poznam będę chciała zmieszać z nim swój. I którego ciało będzie idealnie pasowało do moich dłoni, które tak bardzo nie lubią dotyku pustych miejsc po kimś, kto wysiadł…

Photo by Sandra-Beatrice Molnar on Unsplash

Continue Reading