W obronie szczęścia

kobieta i morze
Każdy ma czasem ochotę wyć jak zwierzę. Wypuścić emocje z dławiących się nimi płuc. Ciężkie to jest do zrobienia wśród ludzi, by nie okazać swojej słabej natury dającej upust zwierzęcym instynktom, które rozpracowywaliśmy na przestrzeni wieków, żeby stać się bardziej ludzcy: załamani, chowający swoją naturę na uwięzi pod piękną, choć niewygodną, maską społeczną. Ale gdy w końcu nadarzyła się sposobność i mogłam wreszcie wypuścić moje emocje na dwór, wybiegać je, wymęczyć, osłabić ich moc i szaleństwo, to oczywiście kurwa napotkałam przygody, które nie dały im tam swobodnie zmienić swój temperament na bardziej przyswajalny przez ludzi. Tak jakby mało mi było tłamsić cięgle moje egzystencjalne bóle i chujowe marzenia pod ciasną bluzką w rozmiarze 36, bo nie pogodzę się kurwa nigdy z tym, że powinnam nosić jednak 38. Nie, i koniec. Niech mi wystaje fałda, czy dwie mojego niezgodnego z moją wyobraźnią o nim, ciała, spod bawełny, ale nie poddam się, póki jej nie podrę, i będę się z nią utożsamiać i zamieniać w rozfantazjowaną dosłowność moje wyobrażenia na temat mojej chudości i zajebistości.

W tym stanie rozemocjonowania dobiegłam w zapadających ciemnościach tak charakterystycznych w listopadzie dla godzin popołudniowych, do tego morza ciemnozimnego, otoczona jeszcze czarniejszymi myślami bez żadnego światełka do wyjścia z ich tunelu. I wreszcie zaczęły ze mnie skapywać łzy. Mój bieg zamienił się w rodzaj upadku, wiecie no, pochylona sylwetka, nogi ledwo wlokące zapłakane ciało. Zagubione myśli gubiły kierunek mimo że linia morza jest stosunkowo prosta do ogarnięcia. Zatrzymywałam się jakbym szukała dalszej drogi. A ta droga wydawała się taka bez sensu. Z ciemności w ciemność. Dość nihilistyczny kierunek. Upajałam się tym moim płaczem, czerpiąc radość z tego, że mogę pobyć na zewnątrz bez maseczki, bo w niewielu miejscach, ale nad morzem można sobie na to pozwolić. W pewnym momencie zatrzymałam się, by pochylić się nad taflę wody i wymyć moją twarz słoną jak moje łzy wodą. Wtem do mojej pochylonej osoby podbiegł dużych gabarytów pies i zaczął szczekać na mnie mocno. Jego głos zagłuszała muzyka, której słuchałam przez słuchawki. Nadawałam sobie bezsens mojemu życia uważnie dobierając nastrój tego co puszczam do wewnętrznej aury, żeby przypadkiem nie przyszło mi do głowy wydobyć się z tej ciemności weselszymi nutami.

Było mi w sumie obojętne, czy mnie ten pies pogryzie, a nawet może bym chciała, żeby mnie połknął żywcem. Jednak okazał się nie mieć takich zamiarów, tylko dalej uporczywie szczekał przeszkadzając mi w upajaniu się uwznioślającym smutkiem. Uczepił się i krążył wokół mojej pochylonej nad wodą sylwetki nie mieszczącej się w rozmiarze 36. Zdziwiona byłam, że akurat  mnie się uczepił, bo ja uwielbiam psy i raczej się ich nie boję, i zazwyczaj one mnie też lubią, a nie obszczekują wtedy gdy akurat nie mam ochoty kierować na siebie niczyjej uwagi. Modliłam się, żeby wreszcie przestał i sobie poszedł, i żeby jego właściciele mnie tym bardziej nie przepraszali za jego zachowanie, bo nie chciało mi się wysmarkiwać żadnej odpowiedzi. W dźwiękach muzyki zagłuszającej nawet moje własne myśli, a także szczekanie psa, usłyszałam zdecydowanie za blisko jak na moją potrzebę bliskości innych (czyli jej brak), głosy ludzkie, zwracające się, ku powiększeniu mej rozpaczy, do mnie. Coś, że nie wiedzą czemu tak szczeka i że przepraszają chyba, i żebym się nie bała. Żeby nie zdradzić im swojego chujowego stanu, nie odwróciłam się do nich, tylko dalej dotykałam dłońmi wody, i obmywałam dalej swoją twarz, wyobrażając sobie którymi torami zmarszczek popłynął tusz z moich rzęs, żeby zetrzeć ślady mojej rozpaczy zanim wyląduję z nimi na rozświetlonym Monciaka. Mimo głosów, które chciały ze mną wejść w dialog, dalej topiłam się  w myślach i łzach, ze wzrokiem utkwionym w horyzoncie. Nie chciałam psuć sobie tego widoku gatunkiem, z jakiego się wywodzę, który kojarzy się z różnymi wynalazkami, z czego najbardziej doniosłymi są manipulanctwo i kłamstwo. Paradoksalnie ci ludzie przeszkadzali mi zagłębiać się w mych czarnych myślach na ich własny temat. W końcu wyrósł zaraz przy mojej twarzy młodzieniec i odciągnął psa, i w tle mojej rozsierdzającej smutek muzyki, usłyszałam jak odkrywczo mówi swojemu towarzyszowi, że pies szczeka bo ja płaczę. Rozwikławszy tę zagadkę, pochwalili psa za dobre zachowanie. W swym zażenowaniu postanowiłam uciec z miejsca, w którym chciałam przecież być sama, a niechcący zdobyłam gapiów. Odbiegłam stamtąd starając się na nich nie spojrzeć, co ułatwiała mi ciemność, łamana jedynie światłem dobywającym się ze statków ze strony morza, i światła od strony miasta, a także ze strony  gwiazd, które tak wielkie, a tak mało znaczą w porównaniu z naszą elektrycznością, którą udowodniliśmy Bogu, że jesteśmy tacy boscy, że damy radę każdą naturalną przeszkodę życiową pokonać artefaktami.

I ruszyłam dalej biegiem wzdłuż linii morza, by wyprowadzić emocje z tego przystanku, na dalsze etapy tej drogi do ich wolności wyrażania się biegiem, płaczem, rozpaczą. Zostawiłam tego dnia dużo moich łez w morzu, co przy ich składzie NaCl jest mało znaczące dla wszechświata, ale dla mnie to taka ulga, bo ich sól była dla mnie strasznie ciężka i cieszę się, że mogłam ją wysypać z siebie. Dziwię się, że czuję się dużo lżejsza, a jednak nadal ta moja bluzka 36 jest taka na mnie opięta.

A ten pies… Zła byłam na niego, że nie daje mi w spokoju płakać. A jednak to on mnie uratował z otchłani pierdolonej rozpaczy. Jako jedyny wyczuł, że coś ze mną jest nie tak, i nie pozwolił mi utonąć w moich łzach. Czuł, że jestem już głęboko, i alarmował wszystkich o tym, że potrzebuję pomocy. To dało mi siły by biec dalej, bo tak nie wiem, czy nie pozwoliłabym memu ciału pozostać w roztworze NaCl na tyle długo, by się w nim rozpuścić i zamienić całkiem w ciecz. A muszę przecież pozostać jeszcze bytem stałym. Nawet jak nie dla siebie, to dla innych, bo wynikłe ze mnie inne ciała stałe też są stałe tylko dzięki mojej stałości. Mimo, że to bardzo przyjemne pluskać się we własnej meduzowatowości, trzeba czasem zebrać amebę i zamknąć w skorupę składającą się z ciasnej bluzki o rozmiarze 36. Określoną rozmiarem zakreślającym granice bólu.

Czasem coś co nam przeszkadza, może okazać się naszym ratunkiem. Za małe bluzki pomagają, by skupione pod nią uczucia nie rozrosły się jeszcze bardziej. A udawany uśmiech sprawia, że mózg zaczyna na niego reagować wytwarzaniem endorfin. Trzeba nabrać wprawy w uśmiechaniu się mimo smutkowi. Tylko tak da się go zabić. Żeby on nie wygrał z nami: i nie zabił nas i naszej umiejętności uśmiechania się mimo wszystko. 

To trudne tak ciągle trzymać uśmiech na twarzy, ale to naprawdę działa. Im bardziej coś się udaje, tym bardziej realne to się staje. Człowiek tym różni się od zwierząt, że steruje nie tylko tym co czuje, ale też tym co chce czuć. I na przekór powodom łez, można zamienić je na powód do bycia silniejszą, dającą radę coraz dalej i szybciej biec, mimo niepokornego ciała, i mimo niepokornych emocji. 

A dzięki maseczkom, które teraz trzeba nosić nie trzeba nawet go nakładać na siebie. Tylko udawać, że się kryje pod nimi. A jednak nawet pod maseczkami powinniśmy się uśmiechać – bo nie uśmiechamy się tylko dla innych, ale przede wszystkim dla siebie. Fake it, fake it, until you make it…

 

Photo by Nicolas Prieto on Unsplash

 

Continue Reading

Od soboty już tylko Netflix, Pornhub i TVP

laptop kobieta maska

No i wiemy już, że tylko do piątku możemy latać po galeriach, kinach, teatrach. A od soboty został nam już tylko Netflix, Pornhub, TVP. Strajki też już przycichły, i pewnie przycichną jeszcze bardziej. Pozostanie nam tylko komputer. Już nie tylko Będziemy mogli wyżywać się już tylko na klawiaturze naszych komputerów. Przestaniemy być realnym zagrożeniem dla rządu, i zamienimy się w jakąś ikonkę oraz  łatwo namierzalne IP komputera. Z naszego przesłania i tak będą korzystać tylko ci, którzy też są przeciwni poczynaniom rządu, a ci których chcieliśmy namówić do dołączenia do nas, mogą nawet tego nie zauważyć, bo przecież nie będą nas wyszukiwać w sieci. Słowo pisane nie potrafi tak donośnie krzyczeć jak mówione. I memy nie potrafią tak bezpośrednio trafiać do ludzi jak kartony z hasłami noszone własnymi rękoma.

Najgorsze co może nas spotkać to brak odpowiedzi na naszą prośbę o dialog. My tu krzyczymy, płaczemy, wyrywamy sobie włosy, niektóre z nas nawet cycki wywalają na wierzch, żeby tylko ktoś dostrzegł ten wewnętrzny ból  i tę rozpaczliwą prośbę o zwrócenie uwagi. Wymyślamy niestworzone hasła, wyszukujemy wulgaryzmów, tworzymy plakaty, malujemy wzory na ciele, a otrzymujemy w zamian co? Olewkę. A my przecież błagamy tym krzykiem o rozmowę, bo pragniemy żyć w bezpiecznym i demokratycznym kraju, w którym każdy głos jest ważny, i nie ma podziału na lepszy i gorszy sort. Jednak manipulanctwo lubi wykorzystywać ciszę jako element gry. Oraz uzbrajać się w kamienne twarze. Niewzruszoność na naszą sytuację rozwala nas i rozsierdza jeszcze bardziej. Ale jak wiadomo, psychopatów rajcuje złość, którą wywołują. Im bardziej będziemy ją okazywać, tym bardziej będzie to niektórych kręcić. Nasze starania zwrócenia na siebie uwagi są na nic, albo służą podnieceniu zboczonych na punkcie władzy egocentryków. Ile to klaksonów i naszych strun głosowych kosztowało, tylko my wiemy. Ale chuj. Nadal będziemy ich nadwyrężać. Strajkujący są traktowani jak rozwydrzone nastolatki, którym trzeba dać się wykrzyczeć, a w końcu ucichną, i nadal będą pod władzą tych, którzy rządzą Polską. Tylko, hello, żadnych ludzi się nie olewa, nawet jak ich zachowania nie wyglądają na dojrzałe, gdy są zbyt emocjonalne. BO KAŻDY CZŁOWIEK MA GODNOŚĆ. I KAŻDEGO NALEŻY SZANOWAĆ. Prosimy o atencję, a nasz krzyk jest wyrazem cierpienia, a nie nienawiści. Jednak jeśli odbiorca ma cechy psychopaty, to przykro mi, ale pozostaje nam odwrót, albo ucieczka z domu – z Polski, albo odebranie sobie życia. Ale przecież to chyba nie jest normalne, żeby nagle połowa Polski wyjechała ze swojego kraju, albo odebrała sobie życie – choćby w przenośni jako nasz głos… Może to jednak ten rząd powinien przyznać, że nie daje rady PANOWAĆ, bo myślał, że PANOWANIE polega tylko na używaniu siły, a nie na obdarzaniu zaufaniem poddanych i pomaganiu im w realizowaniu ich celów i pomaganiu w budowaniu poczucia bezpieczeństwa i solidarności. A nie na poszerzaniu poczucia krzywdy i niesprawiedliwości. Nie jesteśmy psami, żeby nas bić i tresować. Nawet i psów nie wolno źle traktować. Ten rząd nie ma do nas dobrych uczuć, tylko chęć rządzenia nami i naszymi emocjami. Z drugiej strony wiem, że nasze krzyki wcale niekoniecznie przynoszą dobry skutek, bo przestajemy być przez niektórych traktowani poważnie, mimo że to o czym krzyczymy w może mało poważny sposób, jest tak naprawdę wielce poważne. Kilka lat temu strajki kobiet miały delikatniejszą formę. Czy tą delikatnością coś zyskaliśmy? Niestety nie. Wtedy myślałam, że taki nowoczesny sposób, wyzbyty agresji, polegający na walce na argumenty, powinien działać lepiej niż prawdziwa walka. I że wpłynie to na kolejne wybory. Jednak niestety każda rewolucja potrzebuje bojowników. Tych, którzy mogą polec. Tych w pierwszym szeregu, tych którzy biorą na klatę zagrożenie. Na te gołe cycki. Myślę, że nawet Jezus stanąłby po naszej stronie. Bo gdyby żył w naszych czasach powiedziałby, że skoro medycyna tak bardzo poszła naprzód, to trzeba robić badania prenatalne, i uświadamiać kobiety, co im i ich dzieciom grozi, i w razie możliwości dawać kobiecie wybór jeśli będzie miała ona stanąć w obliczu dramatycznego konfliktu moralnego: czy wybrać coś strasznego jak aborcja, czy może coś dużo straszniejszego: śmierć dziecka zaraz po, lub niedługo po, jego urodzeniu. Bo to jest przecież OSOBISTA DECYZJA danej osoby, podmiotu moralnego, którego ta sytuacja dotyczy, a nie kogoś na stołku, kto nami chce zarządzać jak byśmy byli tylko pionkami w grze, komu się wydaje, że wszystkim na ziemi można zawiadywać. Pewne rzeczy nie mogą „się komuś wydawać”. Pewne rzeczy trzeba samemu osobiście czuć, przeżywać, i samemu móc co nich podejmować decyzję.

Jak ja nie lubię walczyć. A jeszcze bardziej nie znoszę swoich emocji. Chciałabym mieć wszystko co się wokół dzieje w dupie. Ale to za ciężkie, bo niestety jako człowiek jestem istotą współczującą, i co gorsza – też niestety myślącą. I mimo że sama zachęcam nie do samego krzyku, ale do przemyślanego protestu, wysnuwaniu argumentów, które też przecież stanowią element walki, tak żeby rozjaśnić każdemu, czemu w ogóle walczymy, to jednak rozwala mnie to, że tak wiele osób, mimo że bardzo się stara wpłynąć na zmiany w Polsce, to rząd nie poczuwa się i pewnie nie poczuje, by podać się do dymisji, albo żeby po prostu wejść w dialog. Wysłuchać nas i zrozumieć, a następnie naprawić swoje błędy. Ale rząd nie widzi żadnych swoich błędów. A przecież wtedy dopiero zyskałby nasz szacunek, jakby ktoś przyznał, że coś jest nie tak. I tak samo jak aborcji „z okazji” nieodwracalnej wady płodu zakazano powołując się na Trybunał Konstytucyjny, tak samo wedle logiki tam zawartej jakby ktoś zechciał, mółgłby też zakazać aborcji „z okazji” gwałtu. No bo skoro TK gwarantuje ochronę życia ludzkiego w każdej fazie jego rozwoju, to dlaczego nie mamy być zmuszeni do donoszenia ciąży powstałej w skutek gwałtu. Więc może nie ma co się pwooływać na taki Trybunał Konstytucyjny?! Proszę tych, którzy boją się sprzeciwić rządowi: OTWÓRZCIE OCZY!!! JESTEŚCIE ZMANIPULOWANI PRZEZ KOGOŚ, KTO PODPIERA SIĘ O BIBLIĘ. A to jest największa z możliwych obłud.

W szale przed odbieraną wolnością, z przyczyn co prawda wyższych, bo dla ochrony naszego zdrowia, jednak przy okazji w oczywisty sposób tłumiącą też w ten podstępny sposób strajki, pobiegłam do sklepów zaopatrzyć siebie i dzieciaki na zimę w buty, rękawiczki, czapki. Nie wiem, czy nie kupować już upominków na mikołajki, bo przecież lockdown może potrwać do wtedy, jak i nie do Bożego Narodzenia. No ale nic, dzięki Bogu jest jeszcze allegro. Jednak naprawdę gdy zobaczyłam w Lidlu kilka tygodni temu już słodycze bożonarodzeniowe, przeżyłam atak paniki, bo o matko… Czy ta ciut za wczesna ekspozycja świąteczna oznacza, że  mamy już szykować zapasy jak przy poprzednim lock downie? I czy znów będzie tak jak w Wielkanoc? Znów będziemy przed świętami stać w kolejkach przed sklepami z odstępami kilkumetrowymi od siebie? I znów będziemy czuć tę chujową samotność, jaką czuje się w święta, które spędza się bez najbliższych?

Przyzwyczailiśmy się już do widoku ludzi w maseczkach we wszystkich możliwych miejscach, coś co rok temu wydałoby się jakimś surrealnym widmem. Przyzwyczailiśmy się patrzeć na siebie z lękiem, niepewni, kto z nas boi się być przy nas nawet w odległości tych dwóch metrów. Ludzie do siebie potrafią wykrzykiwać, że mają się oddalić, albo założyć maseczki. Co się z nami stało? W jakim świecie teraz żyjemy? Coraz więcej z nas się nie lubi wzajemnie, mimo że paradoksalnie tęsknimy właśnie teraz za kontaktem z ludźmi. Nie dość, że ta maskarada koronawirusowa, która nie wiadomo do kiedy będzie trwać, to jeszcze rząd naszego kraju nas osacza wykorzystując sytuację, że mamy czuć wyrzuty sumienia i strach przed wychodzeniem na ulicę by walczyć o wolność, bo to oczywiście potem będzie ogłoszona „nasza wina” te zapełnione szpitale. Czy to nie jest podłe, że wyciągają teraz takie tematy na wierzch, gdy formalnie nie mamy jak się bronić??? Czy to nie jest poniżające? Czy to nie odbiera nam godności po raz kolejny? Czy ta godność może być jeszcze bardziej zdeptana?!

Strajk kobiet poza chęcią protestu, był też pretekstem dla wielu z nas, by wyjść z naszych jaskiń, by poczuć się częścią jakiejś całości, by poczuć jakąś więź z innymi i na patrzeć na siebie życzliwie. By trąbiąc w tłumie innych aut, polubić korki, które stały się zastępnikiem imprez, na których lubimy być w tłumie, mimo że w innych warunkach tłum, tak samo jak i korki, nas denerwują. To cudowny sposób socjalizujemy się, w bezpiecznej odległości od siebie możemy bezkarnie patrzeć sobie w oczy i rozmawiać ze sobą kartonami. Odczuwać więź, i wiedzieć, że nie jesteśmy sami z naszymi odczuciami – chęcią zmieniania rzeczywistości terroru. Chcemy też pokrzyczeć w tłumie, albo po prostu przejść się razem na spacer. Więc póki możemy, wychodzimy strajkować, wybierając wolność i solidarność z innymi.

I teraz gdy na nowo będziemy musieli zamykać się w domach, chodzę i dotykam rzeczy, póki ten dotyk jest dozwolony. Chociaż i tak na moje dotykanie patrzy się  jak na za dużą swawolę, prawie jakbym uprawiała seks w miejscu publicznym. Ale mi brakuje tego seksu z rzeczami. Więc wcieram się  w nie, wdycham ich chemiczną woń. Przymierzając je, nacieram się ich zapachem. Staram się wczuć w każdą fakturę rzeczy, bo tak bardzo tęsknię za wszelką bliskością. I zapamiętuję te obrazy: galerie, które ciekawe czy nie zaczną znikać z miejskiego krajobrazu.

Dla zabicia samotności odpalam też Tindera, żeby poczuć, że się jakimś gościom nadal podobam, bo na ulicy nie jest tak łatwo to wyrazić jak tu – jednym pyknięciem. Regularnie odmawiam realnego seksu, gdy facet przyzna, że tylko tego szuka. Wtedy z przyjemnością oznajmiam, a to przepraszam, żegnaj, bo ja nie. Ja wolę coś więcej. A mało która kobieta przyznaje się do tego, że nie lubi być wykorzystywana, bo tak bardzo się przyzwyczaiłyśmy do uległości i poddaństwa. I lubię tę satysfakcję własnego wyboru. Gdybym zgodziła się na takie spotkanie w oczywistym celu, to właśnie facet po dokończonym akcie zdobycia, mówiłby to znamienne męskie „wiesz, to nie to”. A ja już na żadne odrzucenie nie mam sił. Na żadne olewanie, i żadne dymanie. Ani przez byle jakiego faceta, ani przez byle jaki rząd. Dlatego żegnam wszystkich, którzy nie chcą mi dać tak dużo jak ja potrafię z siebie dać komuś. Tak bardzo zraziłam się zależnością od innych.

Teraz przede mną od soboty pozostanie jedynie wcieranie się w dywan, żebym była bliżej tego z czym jestem kojarzona w tym kraju – szmat i ziemi. I wsłuchiwanie się w głos nauczycieli moich dzieci, którzy nawet nie są świadomi, że koi mnie on, że chcę tego, by byli w tym moim pustym domu, do którego nie można zapraszać żadnych gości, w tym najbliższej rodziny, i że pragnę by pomogli nauczyć moje dzieci, że mądrość jest najważniejsza. Żeby one nie dawały sobie kiedyś wmawiać, że coś jest dobre, jeśli jest według jakichś tam zasad. Nie wszystkie zasady są dobre.

W sklepach niedługo będę mogła tylko już obmacywać ziemniaczki i jajeczka, bo tylko spożywcze będą otwarte. Więc idę jeszcze podotykać piękne sukienki i buty, póki wiszą na wystawach przypominając, że kiedyś było więcej okazji by je kupować i zakładać, niż dzisiaj. Napawam się ostatnimi dniami możliwości pójścia do galerii, kina, teatru, nie tylko by dokonać realnego zakupu rzeczy czy poprzebywać ze sztuką twarzą w twarz. Uświadamiam sobie, ze teraz tylko rzeczy mają nam zastępować ludzi w naszej potrzebie bliskości i dotyku. Roztkliwiam się patrząc na innych kupujących, nawet jeśli ktoś mnie ofuka, że na przykład za blisko niego stoję, chcę czuć się częścią tej zagubionej całości. Która nie wie dokąd, ale gdzieś się toczy. I nie panuje nad tym zjeżdżaniem w dół, bo nad grawitacją się nie da zapanować. A my jesteśmy już bardzo nisko, w takim dole emocjonalnym, z którego wydaje się, że nie da się wyjść. W grobie, który przyszykował nam nasz kraj, żeby zakopać w nim nasze nadzieje. Gdzie krzyku i tak nikt nie usłyszy, a ręki tym bardziej nam nie poda. Najwyżej przysypie nasze ciała piachem, żeby nie było nas już widać. Ale my będziemy walczyć! I będziemy tak samo wściekłe jak bohaterka „Kill Billa”. Wyjdziemy z naszego grobu własnymi siłami. Zmartwychwstaniemy jak Jezus Chrystus.

Biada tym, którzy zaczynają wojnę z kobietami! Bo kobieta może nie ma siły mięśni takiej jak facet. Ale ma taką siłę wewnętrzną, której każdy facet się bać powinien. Mamy swoją własną super moc, która zawsze się odradza. Nawet gdy ktoś ją tłamsi, opluwa i zakopuje brudnymi słowami.

 

Continue Reading

Jestem, i zawsze będę, POLKĄ NIEPODLEGŁĄ!

gardło nie przełknę

Marzy mi się kraj, w którym czułabym się bezpiecznie. Który by wspomagał w wyborach, a nie je narzucał. Kraj, w którym bez strachu o przyszłość, rodziłabym dzieci, także te niepełnosprawne. W którym nie bałabym się o swoją ciążę. I w którym w razie dużych z nią problemów lekarze mogliby pomóc tak jak by było najlepiej dla mnie, a nie dla władcy. Bo to przecież moje osobiste ciało, a nie państwowe (…)

Continue Reading

„Rambert. Tryptyk” (recenzja spektaklu w Sopockim Teatrze Tańca)

tryptyk

To nie tak miało być. Nie tak.

Chociaż było pięknie. Nawet zbyt pięknie. Bo to strasznie smutne, że aż tyle piękna się zmarnowało. Nie dało wrażenia innym, którym nie byłlo dane zaznać go własnymi zmysłami. A tancerze (Joanna Czajkowska, Róża KołodaJoanna NadrowskaKalina PorazińskaWiktoria RudnikArtur GrabarczykTomasz Graczyk i Jacenty Krawczyk) nie po to pracowali nad tym tyle miesięcy, by tańczyć dla prawie pustej widowni. Zaledwie dziesięć osób mogło zasiąść na niej aby zobaczyć efekty ich starań i przygotowań do tego występu. Dowiedzieli się o tym w drugim dniu premiery (28.09.2020). W pierwszym (27.09.2020), ta liczba była nieznacznie większa: dwadzieścia pięć. Co i tak brzmi absurdalnie. (…)

Continue Reading

Podeptana godność boli

human rights

Przecież to było oczywiste, że tak zadecyduje rząd. Że wejdzie nam do majtek i naszych macic spragnionymi władzy łapami. Przecież nasze dzieci to dzieci Państwa totalitarnego, sprawującego władzę, nawet nad naszym sumieniem. Dzisiaj Trybunał Konstytucyjny stwierdził podczas posiedzenia, że aborcja ze względu na „duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu” jest niezgodna z Konstytucją. (…)

Continue Reading

Nauczanie zdalne

comp

– Mamo, na ile procent będziemy mieli lekcje online od środy?

– Na 90%, skoro już każą Wam szykować laptopy.

– Z ilu?

– No ze 100… A Ty myślałaś, że z ilu, ze 120?

– No na przykład.

Moje dziecko nie żartowało…

O Jezusie… Gdy sobie przypominam pokątne oglądanie youtuba i tiktoków w czasie lekcji zamiast skupienie na tym co mówi nauczyciel. I to odrabianie za moje dziecięta lekcji, bo przestawały czuć, że to jest realny obowiązek. I te codzienne maile od nauczycieli, przekonanych chyba, że mają do czynienia ze studentami uczelni wyższych, a nie pierwszych klas podstawówki, które musiałam tłumaczyć moim na najbardziej przystępny język, to dostaję drgawek. I nie, nie z podniecenia. A z przerażenia, że znów czeka mnie to samo.  Bo życie wirtualne to życie udawane. To poza, oczy utkwione w ekranie, ale wpatrzone nie w mówiącego, a w inne strony otworzone w poszukiwaniu lepszej rozrywki. Nie widzę świetlanej przyszłości edukacyjnej moich dzieciąt, szczególnie jeśli ta edukacja ma być online. No nie widzę. W 200 procentach – nie widzę.

Photo by Thomas Park on Unsplash

 

Continue Reading

Zaraźliwa samotność. Czyli jak dotknął koronawirus każdego z nas?

covid maska

Koronawirus przyniósł ze sobą plagę. I nie chodzi o sam covid. Ale o SAMOTNOŚĆ. Coś co kiedyś stanowiło dla nas zagrożenie, co instynktownie próbowaliśmy omijać wchodząc w grupy, i dostosowując się do niej  po to, by przetrwać, i mieć siły zarówno fizyczne, jak i psychiczne, bo przecież jedno z drugim się łączy – nagle zostało okrzyknięte sposobem na przetrwanie. (…)

Continue Reading

Miłość jest trudna

para dzieci

– Mamo! A wiesz, że Felek się we mnie zakochał? Chyba chce mi się oświaczyć! Ciekawe jak to zrobi. Nie mogę się doczekać!

– A Ty też jesteś w nim zakochana?

– Nie, no coś Ty! On jest na ostatnim miejscu!

– A kto jest na pierwszym?

– Antek… – westchnęła rozmarzona.

– A ten Antek jest Tobą zainteresowany?

– Nie wiem. Ale ja mu nigdy nie powiem, że go kocham. Nigdy!

– Ale chociaż bawisz się z nim?

– Nie! Omijam zawsze!

– Ale dlaczego? Przecież powinnaś mu pokazać, że Ci na nim zależy!

– W życiu tego mu nie pokażę! Najwyżej w Niebie bym to zrobiła!

– Ale to bez sensu. Jak zgodzisz się chodzić z Felkiem, to stracisz szansę, żeby Antek zechciał chodzić z Tobą. Bo pomyśli, że kochasz Felka.

– No trudno. Ja się za bardzo wstydzę Antka… I za bardzo go kocham.

Photo by Limor Zellermayer on Unsplash

 

Continue Reading