Nie skowyczę już też. Ani nie szczekam.

Kiedy przypomnisz sobie mnie dzisiaj, bo pewnie sobie przypomnisz. Może gdy będzie zapadał już zmrok. Ukłuje cię pewnie ta myśl, że nadal czekam tam, gdzie zostawiłeś mnie na smyczy czekającą aż wrócisz. Bo mówiłeś przecież, że nigdzie się dalej nie wybierasz. Tylko na chwilę musiałeś mnie zostawić przyczepioną do słupka, żebym pozwoliła ci pójść gdzieś samemu.

Już tyle osób chciało zdjąć te smycz, żeby wziąć mnie ze sobą albo puścić wolno. Ale na to nie pozwalałam. Pokazywałam im tylko zęby i warczałam mimo, że było mi tak zimno i byłam taka głodna. Uznawali, że nie warto się ze mną szarpać i przyzwyczaili się już do mojego widoku przypominającego posąg. Osobę zamarłą w oczekiwaniu na swojego Pana. Więc wiesz, że czekam gdzieś pokornie dzień za dniem, od jednego sylwestra do drugiego. Już nie stoję nawet. Teraz leżę. Waruję.

Nawet gdy wokół ludzie się bawią i skaczą z radości do kolorowych fajerwerków, mnie już nic nie porywa by wstać i się cieszyć. Nie skowyczę już też. Ani nie szczekam. Bo mój głos nie pomógł wcale żebyś wrócił. Cierpię w tępej ciszy. Patrzę codziennie w gwiazdy wieczorami błagając je, by mój ból odbił się w ich świetle, bo może chociaż tym sposobem przywołam cię z powrotem. Gdy sam spojrzysz wysoko szukając w ich toni głębi moich oczu. Z których kiedyś zawsze czytaliśmy bezbłędnie wszystkie nasze myśli. I marzenia.

Tylko czy ty masz czas patrzeć w gwiazdy? Czy patrzysz już tylko w inną osobę, i nie chcesz zgubić jej na swoim spacerze? Bo może boisz się przywiązać znów kogoś swoim sznurkiem i zaczepić o przydrożne drzewo. Albo słupek. Bo to musi boleć także ciebie. Innego ciebie nie pamiętam. Pamiętam tylko takiego ze współczuciem. Pamiętam jak głaskałeś moją głowę, i mówiłeś, że „wszystko będzie dobrze”. Dlatego czekam aż tak będzie.

Czy patrzysz więc jeszcze w niebo, w którego drogi mleczne nie wierzyłeś, że nam wyznaczają los? Czy odwróciłeś już całkiem wzrok od tego, co nam przeznaczone i nie chcesz żeby gwiazdy ci już cokolwiek podpowiadały?

Jeśli spojrzysz, tak jak lubiliśmy to robić, w niebo, to może pozwolisz by z gwiazd spadł na ciebie śnieg i roztopił się na twoich oczach i ustach jak przesłany ode mnie pocałunek. Wysłany z tego zimnego miejsca, w którym ciągle jestem. Tego miejsca bez dachu. Zaczepiona o przydrożny słupek, przy którym powiedziałeś tylko do mnie patrząc w oczy „nie odchodź”, by sam móc odejść. Z niepewnością swoich zamiarów, z niepewnością czy wracać do stworzenia tak przywiązanego do ciebie, że nie trzeba się o nie wcale starać, by go nie stracić. Tak wiernego, że nikogo do siebie tak blisko nie dopuści. Tak naiwnego, że nie rusza się na krok nawet po latach czekania. Kundla którego nikt nie da rady odpiąć od twojej smyczy. Który nie zamarznie nawet w największym mrozie. Bo tak bardzo grzeje go nadzieja, że ta miłość NIGDY NIE wygaśnie. I że właściciel kiedyś musi wrócić. Musi wrócić… 

Photo by Tyler Martoia on Unsplash

Continue Reading

Mam ochotę odpocząć od noszenia ciężarów

Najgorszy ból to ten emocjonalny. Tak ciężko jest się go pozbyć, że ciało bardzo często somatyzuje, samo wprawia w ból jakieś nasze słabe punkty – czy to kręgosłup, czy mięśnie, czy stawy, czy głowę. I my to najczęściej ignorujemy, albo bierzemy jakąś tabletkę na ból, żeby tylko go zniwelować. Choćby na chwilę. Bo nie wierzymy, że da się dotrzeć do sedna sprawy. Że da się znaleźć źródło bólu gdzie indziej niż w naszym ciele. Bo nie wpadamy na to, że czasem czyjeś słowo, czy nawet spojrzenie potrafi nas zranić. Szczególnie jeśli jesteśmy nadwrażliwi. (…)

Ale te bóle niestety często prowadzą do poważnych chorób. Rozwija się w nas stan zapalny zazwyczaj wtedy, gdy coś boli. Bo ciało krzyczy, że jest mu niewygodnie. I często są to właśnie te niewygodne sytuacje, w których się znaleźliśmy w domu, pracy, szkole. W sklepie, w przychodni, w autobusie. Bo wszędzie nas otaczają ludzie, a każdy człowiek ma neurony lustrzane, i każdą nieżyczliwość, kpinę i pogardę potrafimy umieścić gdzieś głęboko w sobie, czując, że to się właśnie do nas odnosi, więc jeśli nie mamy odpowiedniego pnacerza, by nie przejmować się tymi kąśliwościami, pozwalamy temu rosnąć jak ziarenku w coraz większą roślinkę. Która się w nas zakorzenia. Pancerze wynosimy często z domu. Kto ma kochającą rodzinę, która nas uczy, jak odpierać ataki, lub jak nie przejmować się chamskimi gadkami, ten jest dużo silniejszy, niż osoba pozostawiona sobie samej. A takich osób jest całe mnóstwo. Bo w dzisiejszym świecie do domu zazwyczaj wraca się tylko, żeby coś zjeść, umyć się, i przebrać, na wiecznie trwającą wojnę o jak najlepszą kasę. O jak najpiękniejsze domy, o jak najszybsze auta. I w tej wojnie te małe dzieci często zostają same, żeby się przystosować do życia w tej rutynie, w tym stresie. W tym ciągłym szykowaniu stroju i broni, by wyjść na zewnątrz.

Dzisiaj tak wiele z nas musi brać antydepresanty, żeby nie bać się wstawać na kolejną walkę o wszystko. Żeby nie drżeć ze strachu, żeby nie płakać z byle okazji, żeby nie zdradzać swoich najgłębszych emocji. Walczę na moim blogu o przetrwanie tego, co ludzkie w ludziach, o wygrzebywanie swoich przeżyć, po to, by je przestudiować, by się nimi nie dławić, tylko wreszcie zdrowo przetrawić, gdy zrozumie się, z jakich aminokwasów się one składają. Piszę o łzach, bólu, cierpieniu. I tyle osób do mnie napisało o swoim bólu, tyle osób mi samej doradzało, co zbadać, jakie leki łykać, i co sami przeszli, że czuję się w pewien sposób odpowiedzialna, żeby pisać o tym dalej, bo wiem, że ludzie się chowają ze swoim bólem. Zakładają te swoje maski, zjadają te swoje tabletki na ból fizyczny i psychiczny, i od małego idą na tę idiotyczną wojnę… Gdzie wygrywają najczęściej ci, którzy nie mają emocji. Którzy jak Putin nie martwią się czyimś cierpieniem. Boję się wręcz tych ludzi, których nic nie boli. I którzy są szczęśliwi mimo całego nieszczęśliwego świata.

I sama walczę ze sobą, by nie brać kolejnych antydepresantów, zmniejszałam dawkę z ogromnej, która miała zapobiec moim bólom somatycznym spowodowanym tężyczką na tle nerwowym (kto ma tężyczkę ten wie, jak ciężko znaleźć źródło, ale zawsze stres ją potęguje). Bo nie chcę być bez uczuć. Bo wolę płakać, i przejmować się światem, niż być na niego obojętna.

Już prawie miesiąc „jestem czysta”, ale od kilku miesięcy zmniejszając dawkę wychodziłam z drętwień, które powodowały u mnie antydepresanty, ale wracałam do bólu. PRZESTAŁAM CZUĆ ODRĘTWIENIE CIAŁA, ALE CZUJĘ BÓL . Czuje go i mój kręgosłup, i moje ręce, i nogi. I głowa.

Byłam dwa dni temu u lekarki bojąc się, że mnie pouczy, że źle zrobiłam rzucając antydepresanty. Ale na nich ciężko mi było cokolwiek robić, bo ciągle chciałam spać, i byłam zwyczajnie drętwa, czułam że sturluję się codziennie z łóżka po to, by doturlać się do niego jak najszybciej to możliwe z powrotem. A chciałam wreszcie przestać się turlać. To teraz wstaję obolała, próbuję się rozprostować cały dzień, tak by wreszcie uznać, że najlepiej idzie mi to prostowanie na leżąco… Lekarka podotykała moje obolałe punkty, coś tam w nogach, a ręku zerwane ścięgna: „łokieć tenisisty” od codzienniego dźwigania ciężarów. Od codziennego dźwigania własnego życia z tego mojego łóżka. Mojego ulubionego miejsca na Ziemi, do którego tak lubię wracać, i najchętniej bym z niego nie wychodziła… I jak się dowiedziała, że już cztery miesiące łażę ze stanem zapalnym i stanem podgorączkowym, nakazała brać dwa razy dziennie leki na stan zapalny stawów, i wrócić jeśli się nie poprawi w dwa tygodnie. I te leki naprawdę o dziwo pomagają… Może nie jest idealnie, ale jest spoko. Cieszę się, że nie usłyszałam, żebym znów poszła do psychiatry, żeby wspomóc system nerwowy. Bo bym już nie poszła. Bo wybieram ból zamiast odrętwienia. Bo już się zaprzyjaźniłam ze swoją depresją. Z nią spędzam dni i noce, i się ciągle jej przyglądam, i zastanawiam, czemu ona sobie mnie tak bardzo upatrzyła…

I nie wstydzę się już przyznawać, że coś ze mną nie tak. Kiedyś nie umiałam się przyznać, że cierpię, bo nie chciałam wyjść na słabą kobietę, na marudę. Bo dzisiaj trzeba być twardzielką, jeśli się chce być KIMŚ. Ale ja za długo byłam siłaczką. Mam ochotę odpocząć od noszenia ciężarów. Tak bardzo bym chciała by ta wojna o zajebistość się wreszcie skończyła. Jestem nią wykończona…

Photo by Luca Iaconelli on Unsplash

Continue Reading

Nawet wtedy, kiedy całkiem już ciebie nie słyszę…

Otulam się twoim głosem jak miękkim i ciepłym kocem, w który chciałabym się zawinąć i z niego nie wychodzić. Nie kończ proszę swoich opowieści. I nie mów, że nie wiesz tego, kiedy znów będę mogła dotknąć twoich ust, których wypowiadane zdania o różnej częstotliwości drgań, dają mi złudzenia dłuższych i krótszych pocałunków. Wdycham twoje każde weschnięcie i przytulam każde słowo. Nie umiem wyjść z tej rozmowy, mimo że każdy mi mówi, że poraz już iść dalej, i nie szukać w pustych słowach żadnej nadziei na spacer za rękę.

Tak bardzo pragnę zasypiać przy tobie schowanym w moim telefonie, skoro nie możemy inaczej się spotykać. Skoro nie jest dane nam znaleźć się po drugiej stronie słuchawki. I ciągle napotykam przeszkody w połączeniu. Ciągle tracę zasięg. Ale nie chcę odkładać tej słuchawki, tylko ją ściskam jakby siła nacisku mogła sprawić, że wydobędę z niej ciebie.

Nie umiem się rozłączyć, nawet wtedy, kiedy całkiem już ciebie nie słyszę… 

Photo by lhon karwan on Unsplash

Continue Reading

Nie chowaj jej pod ziemią

Szukasz czasem w ogródku starej kości, którą lubisz się czasem pobawić i znów schować ją gdzieś głęboko pod ziemią, wiedząc, że i tak nikt inny jej znajdzie. Znasz jej smak, i nie umiesz z niego zrezygnować, chociaż wiesz, że ona nie chciałaby leżeć w niczyim innym ogrodzie, ani być gryzioną przez nikogo innego. (…)

Continue Reading

Hałas własnych wdechów i wydechów

Położył się obok mojego ciała mijając mnie wzrokiem prawie tak jak się to robi wobec współtowarzyszy jazdy w autobusie. Na których nie chce się patrzeć, ale dostrzega się ich zarys. I stara się tak poruszać, by nie otrzeć się o mnie. Patrzy przeze mnie, ale nie na mnie. Jakbym była jakąś panią w podmiejskim, z którą trzeba jeszcze chwilę wytrzymać w tym środku lokomocji, dążąc do jakiejś pętli, na której wszystkim wypada wreszcie wysiąść, wcześniej tylko znów niezręcznie przejść obok siebie starając się na siebie nie wpaść idąc ku wyjściu. By poczuć powiew wolności i swobodnie oddychać na zewnątrz.

Leżąc obok staramy się nie obciążać nawzajem hałasem własnych wdechów i wydechów. Ani tym bardziej swojego serca. By nie zostawić za wiele w pamięci po sobie. Zupełnie tak jak się to robi sąsiadce z autobusu, z którą łączy kogoś wspólna jazda, ale w końcu zawsze jest ten przystanek, na którym można zapomnieć o zapachu osoby, z którą się chwilę było obok.

Marzy mi się, że kiedyś usiądzie przy mnie ktoś, kto spojrzy mi w oczy, i nie będzie omijał mojego oddechu. Ktoś, kto nie będzie patrzył na zegarek licząc, ile minut będzie musieć wysiedzieć w tej niezręcznej ciszy lub zdawkowych zdaniach prowadzących jedynie do wysiadki. Zdaniach bez ciągu dalszego. I kto wybierze miejsce obok mnie nie tylko dlatego, że jest akurat wolne, tylko dlatego, że pasuje mu kształt moich ramion, do których będzie pasować jak ulał. I którego zapach sprawi, że od razu jak go poznam będę chciała zmieszać z nim swój. I którego ciało będzie idealnie pasowało do moich dłoni, które tak bardzo nie lubią dotyku pustych miejsc po kimś, kto wysiadł…

Photo by Sandra-Beatrice Molnar on Unsplash

Continue Reading

WOŚP, Pol’And’Rock i nieustanne czepialstwo pospólstwa

Jak mnie to wnerwia, gdy słyszę, że Jurek Owsiak jest złodziejem. Jak mnie to mierzi, gdy ludzie nie widzą całego dobra jego działalności, i wszystkich znojów z nią związanych. Jakie to płytkie jest by oceniać z góry źle człowieka i szukać jego złodziejskich aspiracji w tym, co generalnie ma najszczytniejsze cele i czemu przyświecają najpiękniejsze idee. Ile ten człowiek musi znieść oszczerstw, ile hejtu, a przy tym wiadomych nerwów wynikających z ciągłych pozwów sądowych, czy pomówień. (…)

Kto nigdy nikomu nie pomógł, niech lepiej milczy, bo nie zna się na poświęceniu swojego życia innym. Jak bardzo trzeba być bezczelnym, by oczekiwać, by osoba, która działa charytatywnie zupełnie nie zarabiała, albo przynajmniej jak najmniej? Jakby Owsiak musiał się korzyć przed wszystkimi, i odmawiać sobie tego na co zapracował. I współczuję mu nerwów, jakie musi codziennie mieć, i tego czepialstwa, które jest tak charakterystyczne dla zazdrosnej gawiedzi.

Sama kiedyś pracowałam nad tematem działalności charytatywnej, zagłębiając się w ten temat, i wiem, że często altruiści są traktowani jako egoiści, którzy dla zaspokojenia potrzeb własnego ego działają na rzecz innych. Ale moim zdaniem jest to bardzo mylne spojrzenie, nie wnikające w istotę potrzeby spełniania obowiązków nadzwyczajnych wobec innych (więcej o obowiązkach nadzwyczajnych można poczytać w dziełach Immanuela Kanta).  Tak naprawdę działalność na rzecz innych to często wewnętrzna potrzeba, taka do której czujemy wewnętrzny mus. Nie każdy zna takie uczucie, stąd ludzie podchodzą z rezerwą do takich osób, które pomagają innym. Jeśli na dodatek nie czerpie z tego żadnych korzyści majątkowych, albo towarzyskich, jest posądzany o jakieś niecne cele.

Ale warto zwrócić uwagę na to, jak pomaganie innym wpływa na nasze samopoczucie, gdy naprawdę mamy dobre INTENCJE, i chcemy pomóc innym, ze względu na to, że jako istoty czujące jesteśmy wyposażeni w neurony lustrzane, nam samym robi się lepiej, i czujemy się sami bezpieczniej w takim świecie, w którym ktoś pomaga komuś, a szczególnie gdy ta pomoc jest multiplikowana. Bo czujemy wtedy solidarność z innymi i braterskość, na których to wartościach zależy temu fajnemu człowiekowi, jakim jest Owsiak.  I po którym niestety tyle osób jeździ. Ja się cieszę, że ten człowiek ma auto, dom i pieniądze.  Byłoby to w chuuuj niestosowne, gdyby nie miał żadnych pieniędzy z tego, co robi. Ludzie są podli, że wymagają do niego, by się najlepiej wszystkiego wyrzekł, żeby udowodnić, że czyni dobro. Powinniśmy mu wszyscy życzyć, żeby się jemu powodziło, i by jak najdłużej był zdrowy, i odganiać złe chmury, i ludzi ze złą energią, którzy chcą odebrać mu jego energię.

Nie chcę nawet myśleć, jak wyglądałby nasz polski świat bez Owsiaka, który pomaga zebrać pieniądze na to co najważniejsze da ludzi – na opiekę zdrowotną. Nieraz byłam w Centrum Zdrowia Dziecka, i z rozrzewnieniem przyglądałam się czerwonym serduszkom na maszynach medycznych. Nie może zabraknąć tych serduszek! Nie może zabraknąć tej energii, która je wytwarza! Ten człowiek nie ma parcia na szkło, ten człowiek jest szczerze dobry. Może ma ADHD jak ja, więc czuję ten jego oversharing, którego ludzie często się boją, bo aż nie wierzą, że można być aż tak szczerym w swoich wyznaniach i szczodrym. I utożsamiam się z jego poczuciem odrzucenia wynikającym z niedowiarstwa ludzi, że można być aż tak otwartym na innych. A JEDNAK MOŻNA!!!

Nie patrzmy na ręce Owsiaka z takim sceptycyzmem, zostawmy to urzędnikom, na pewno jest z każdej strony sprawdzony. Ale właśnie dopingujmy mu. Wspierajmy jego akcje, bo pieniądze przez niego zbierane na pewno bardziej nam pomagają niż te, które oddajemy w podatkach. On pomaga państwu polskiemu obsłużyć szpitale, więc ludzie, no kuźwa, tu tylko bić brawo należy, i jeszcze dorzucać się temu człowiekowi do jego własnego lepszego bytu, po to by miał dalej energię pomnażać swoją własną energię dla innych!

Podsumowując, Fundacja WOŚP ok. 92 proc. zebranych środków przeznacza na bezpośrednią pomoc charytatywną, same koszty administracyjne to jedynie ok. 8 proc. A koncerty Pol’and’Rock to impreza zrzeszająca cały polski naród. Byłam w tym roku i ja, mimo że szczerze żaden zespół nie był jakimś tam moim ulubionym. Ale jechałam dla tej atmosfery wolności, radości, braterstwa. I cieszę się, że chociaż w tym miejscu można pokazywać tyłki w wyrazie dezaprobaty wobec wojen. Bo w sumie jak inaczej walczyć z władzą, która nas stawia do walki z innymi, nawet gdy nie tylko nie mamy na to ochoty, ale i w ogóle idea wojen nam nie przyświeca jak przez zwykłe spuszczenie na to gaci… Nie ma innego sposobu na zwrócenie uwagi na swoje niezadowolenie ze świata niż wystawienie jemu swojego tyłka. I zrobili to artyści Nocny Kochanek, i Hunter, i nie wiem kto tam jeszcze, ale popieram takie akcje. Bo gdyby nie były tak ekstrawaganckie, to nikt by nawet nie mówił o Pol’and’Rock. Który stał się już nie tylko symbolem wolności artystycznej, ale w ogóle wyjścia z systemu poprzez pomoc nieudolnemu systemowi, który w życiu by nam nie zapewnił takiego sprzętu medycznego, który zapewnił przez te wszystkie lata ten kolorowy człowiek, tak często opluwany, tak często oczerniany. Tak często wyzywany. Śmieszy mnie posłanka Lichocka, że się oburzyła zobaczywszy pośladki chłopaków. Kto nie rozumie rock’and’rolla, niech nie chadza na koncerty. Proste? Proste!

Ludzie, którzy czynią dobro mają naprawdę od górkę. Bo muszą ciągle udowadniać, że cokolwiek robią, robią wszystko w szczytnym celu. Pozwólmy Owsiakowi być też człowiekiem! Takim, który się czasem wozi, nosi, i w czymś mieszka. A nawet jeździ na wakacje. I mimo to, że mu na to pozwolimy mam wrażenie, że i tak uczynił więcej dobra niż na przykład Matka Teresa, która może i nie jeździła auta za pół bańki, ale na pewno też nie uzbierała takich kwot na pomoc innym, jakim uzbierał ten człowiek. Na którego nie pozwalam pluć! I nie pozwalam bluzgać. Bo nie znajdziemy tak wiele dobra wokół siebie, co w nim. Tyle dobra, które on co roku pomnaża przynosząc nam niemalże święto narodowe, jakim się stał coroczny zimowy Finał WOŚP, a następnie letnia impreza Pol’and’Rock.

Zdj. Marcin Michoń z koncrtu Nocnego Kochanka, Pol’And’Rock 2025

 

Continue Reading

Nawet gdy inni skazali cię na straty

To był taki dzień, który połączył ich spojrzenia, choć nigdy nie sądzili, że spojrzą kiedyś w tym kierunku. Nie poznaliby się, gdyby nie przeżyli siedmiu lat każde w swoim piekle, z którego wyjście i jej, i jego, prowadziło tą samą wąską i trudną ścieżką, na której się spotkali trzymając swoje kamienie w rękach i szczelinach ich najgłębszych myśli i ubrań. Których sami nie wiedzieli, czy wypada im wyrzucić na ziemię przed samymi sobą, czy udawać, że nie noszą niepotrzebnych i za ciężkich ciężarów.

Jednak instynktownie uznali, że pokażą na trzy cztery, co kryją wnętrza ich kieszeni i dłoni. Przyglądali się nawzajem zakamarkom swoich linii papilarnych ze wzruszeniem odkrywając ich nieodwracalne zniszczenia i rozumiejąc, że nie da się już ich naprawić. Zapragnęli spleść je w przytuleniu, by już nie musieć patrzeć na własne cierpienie. Tak by zatracić poczucie bólu utraconego czasu. I by oprzeć się jedno o drugie jak drzewo wyrwane z korzeniami o drugie takie samo drzewo. I wpleść się w siebie tworząc iskry w tym, co wyglądało na przegraną walkę o ogień. I wykrzyczeć światu, że można się obudzić z martwych. Że MOŻNA ŻYĆ, nawet wtedy, gdy inni skazali cię na straty…

Photo by LOGAN WEAVER | @LGNWVR on Unsplash

Continue Reading

Kiedy cała bolisz

Kiedy cała bolisz, staje ci się obojętne, czy ktoś cię bierze za wariatkę. Wisi ci, że lecą ci przy innych łzy, albo że puszczają ci nerwy i łatwiej krzyczysz, albo że z braku sił siadasz byle gdzie pragnąc zawiesić to nieustanne napięcie twojego ciała i odpocząć od niego. (…)

Continue Reading

Skarby mojej wyobraźni

Nauczyłam się pakować moje tęsknoty szczelnie w małe torebeczki, które zawijam na supeł i wrzucam jedna za drugą do kartonu. Kiedy karton jest pełen wyschniętych z braku dostępu powietrza tęsknot, wynoszę go do piwnicy. Ostatnio mam w niej coraz mniej miejsca, ale na szczęście nikt tu poza mną nie schodzi, i nikt nie wie, ile już nazbierałam takich bezużytecznych dla innych kartonów. Ale nie umiem się ich pozbyć. (…)

Continue Reading