Często śmieję się opowiadając o moich przygodach, których treść opiera się na ułomności mojego mózgu – na moim ADHD. Ale tak naprawdę życie z tak skonstruowanym umysłem nie jest takie śmieszne. Bo męczące jest dla mnie samej, a także dla osób, które na to patrzą, te moje ciągłe zapominanie czegoś/szukanie czegoś/nie dokańczanie zdań/zaczynanie nowych/przerywanie innym, żeby nie zapomnieć o tym, co mam akurat na myśli/wieczny bałagan/spontaniczne zakupy/wychodzenie po chleb, wracanie z workiem innych rzeczy/milion pomysłów na sekundę/rozwiązywanie wielu problemów na raz aż do utraty sił/oddawanie własnej energii wszystkim napotkanym ludziom na rozwiązywanie (a nawet najpierw ich znajdowanie lub wymyślanie) ich problemów i wracanie do własnego mieszkania bez sił, bez dalszej mocy. Plus naiwna otwartość dla wszystkich wraz z lękiem, że tak naprawdę może nikt wcale nie potrzebuje tych moich rad/opowieści, i że może nie zrozumieć mojego natłoku myśli utkanego ze zdań wielozłożonych, wielowątkowych, niekończących się, po wielokroć przecinkowych, a co gorsza później mielonych, i na nowo przeze mnie powtarzanych, czy też przetwarzanych. (…)
Bo zawsze wydaje mi się, że muszę dalej tłumaczyć te moje skomplikowane myśli, aż sama już jestem nimi zmęczona, i odpuszczam jeden temat, żeby zacząć drugi. Albo od razu nawet i trzeci. I czwarty. I dziesiąty… I zrozumie ten problem najlepiej te, kto sam zmaga się z tym samym co ja. I jest nas całe mnóstwo. I my się ze sobą też najlepiej dogadujemy. Bo mówimy podobnym językiem. Pospiesznym, często idącym na skróty, skomplikowanym, chaotycznym, chodź jednak posiadającym jakiś sens. Ale tak trudny do uchwycenia, że sami często przestajemy go widzieć…
I dlatego to piszę. Na pokrzepienie tych, którzy myślą, że są problemem dla innych. Problemem związanym z gadulstwem, z ciągłą zmianą planów, bądź pędzącymi nie wiadomo gdzie myślami. Z ciągłym stosem rzeczy/książek/ubrań, z których nie wiadomo jakim cudem jakoś umiemy wyciągnąć coś fajnego, bo wszystko wydaje nam się ciekawe, warte uwagi, i wierzymy, że wszystko się może do czegoś przydać. Bo nie umiemy nie myśleć wielowątkowo.
Gdy byłam mała, byłam spokojna. Moje cechy adhd z tamtego okresu to było moje zamarzanie się. Odlatywałam na różnych lekcjach, iw różnych sytuacjach (typu u cioci na imieninach), i gdy trafiało do mnie pytanie: „A Ty co o tym sądzisz?”, docierało do mnie, że byłam w krainie marzeń, podczas gdy nauczycielka, czy nauczyciel (albo ciocia, czy wujek) coś mówili, czego byłam może i świadkiem fizycznie, ale psychicznie rozwiązywałam zupełnie inne zagadki losu.
Gdy byłam nastolatką, weszła we mnie nowa energia, stałam się bardziej narwana, i przeszłam z marzeń do realizacji najciekawszych z nich. Polubiłam robić draki, zagadywać ludzi, ściągać, biegać, pływać, jeździć na łyżwach, uczyć się kilku języków na raz, oraz grania na wielu instrumentach. Wyżywałam się w sporcie, i w nauce. Uczyłam się po nocach, i robiłam milion rzeczy na raz. Nie miałam czasu na realizację tych wszystkich rzeczy, których się podjęłam. A tym bardziej na odpoczynek. Czy na sen. Ale jakoś dawałam radę. Nie miałam wtedy jeszcze lęku spowodowanego tym, że nie jestem wystarczająco dobra, by poradzić sobie w dorosłym życie.
Ale przyszło zejście… Bo podobno przy ADHD bardzo często przychodzi jakieś zejście. Zejście na ziemię. Że jest się jakby problemem dla innych/że nie jest się branym na poważnie ani przez nauczycieli, ani przez pracodawców, bo się za szybko mówi/robi/ emocjonuje. I przez to nie jest dostrzegana wykonana nawet największa praca. Że ma się dużo pomysłów, ale wielu się nie realizuje, więc traci się energię na marne. I coraz bardziej bałam się za cokolwiek zabrać, żeby znów inni się nie śmiali, że znów sobie „o czymś marzyłam”. Że znów pisałam swoje plany patykiem po piasku…
I zaczęłam się oddalać od ludzi. Zamykać z moimi planami w domu, i zamieniać je, tak jakbym znów była małą dziewczynką, w marzenia. Bo tylko marzenia mi pozostały. Bo nie mam sił już udowadniać, że moje idee mają sens. A że nie jestem już nastolatką, więc mój zapał też muszę ostudzić. Bo wiadomo, ile lat można lubić mieć przezwisko „wariatka”…? Które kiedyś było dla mnie zabawne, ale teraz jeśli je słyszę, to wiem, że to nie jest żart.
Przykro mi też, że jest wiele osób, które nie rozumiejąc, jak trudno jest mi mówić wolno i bez słowotoku, przerywa mi, jakbym robiła to specjalnie, żeby kogoś tym urazić, i każe (nawet nie prosi) zwolnić, i się uspokoić. Albo sugeruje, że może coś brałam, albo że może mam za dużo emocji, i żebym może coś z nimi zrobiła. A ja niczego nie brałam. Taki mam umysł, jakbym ciągle była na czymś. I robię coś z moimi emocjami. Bo one zamieniły się w potworny lęk. Że nie dam rady zrobić tego, tego i tego. Że jestem za słaba/za szybka/że nie nadaję na tych samych falach, co ci „poukładani” ludzie. I sama nie wyżywam się na flegmatykach za to, że wolno coś mówią, czy robią, bo kumam, że oni za to mamy taki state of mind. I że też im pewnie przykro, gdy ktoś im sugeruje, że są ociężali, czy te spowolniali, umysłowo.
Mam wielu przyjaciół z ADHD, i z nimi się świetnie dogaduję, i lubimy sobie poopowiadać nasze przygody, prawie tak jakbyśmy się spotykali w jakiejś grupie AA po to, by siebie wesprzeć z naszymi „problemami”, czyli z cechami naszej lekko (a czasem mocniej) rąbniętej natury. Ale mam też i przyjaciół bez tej przypadłości. Takich, którzy nie potępiają tej mojej cechy, jeśli tak można nazwać moją goniącą wiecznie za czymś psychikę, tylko otaczają mnie szacunkiem, i jeśli się śmieją, to z życzliwością. I fajnie by było, by ludzie zaczęli być wobec siebie bardziej tolerancyjni. I nie wymagali od każdego bycia ideałem, i zrównoważonym człowiekiem, który nie drży, czy nie podskakuje z emocji (tak jak mam ja w zwyczaju), tylko chłodno przyjmuje wszystkie wiadomości świata.
Tak fajnie by było, gdybyśmy nie drwili z innych, i pozwalali mówić im z jaką prędkością mają ochotę. Nawet jeśli zrozumienie tego co mówią wymagałoby nagrywania tego, i puszczania tego w spowolnionym tempie. Albo przyspieszonym, jeśli trafiłby się przypadek osobowości odwrotnej do tej właściwej ADHDowcom.
W imieniu ADHDowców proszę innych o wyrozumiałość i o spojrzenie na nas nie jak na pajaców, tylko o poczucie, jak ciężko jest nam wytrzymać z naszą impulsywnością. I wielu z nas jest na różnych lekach – w tym przeciwlękowych, czy przeciwdepresyjnych. Jesteśmy może i walnięci, ale nie musicie nam tego powtarzać, bo to boli. Tylko pozwólcie nam być sobą. Żebyśmy nie musieli przedawkowywać psychotropów, żeby dogodzić innym. Nam naprawdę jest ciężko wytrzymać z samymi sobą. I naprawdę jesteśmy sami zmęczeni tą ciągłą gonitwą za naszymi własnymi myślami, które wiecznie gdzieś nam uciekają.
Photo by Aral Tasher on Unsplash