WOŚP, Pol’And’Rock i nieustanne czepialstwo pospólstwa

Jak mnie to wnerwia, gdy słyszę, że Jurek Owsiak jest złodziejem. Jak mnie to mierzi, gdy ludzie nie widzą całego dobra jego działalności, i wszystkich znojów z nią związanych. Jakie to płytkie jest by oceniać z góry źle człowieka i szukać jego złodziejskich aspiracji w tym, co generalnie ma najszczytniejsze cele i czemu przyświecają najpiękniejsze idee. Ile ten człowiek musi znieść oszczerstw, ile hejtu, a przy tym wiadomych nerwów wynikających z ciągłych pozwów sądowych, czy pomówień. (…)

Kto nigdy nikomu nie pomógł, niech lepiej milczy, bo nie zna się na poświęceniu swojego życia innym. Jak bardzo trzeba być bezczelnym, by oczekiwać, by osoba, która działa charytatywnie zupełnie nie zarabiała, albo przynajmniej jak najmniej? Jakby Owsiak musiał się korzyć przed wszystkimi, i odmawiać sobie tego na co zapracował. I współczuję mu nerwów, jakie musi codziennie mieć, i tego czepialstwa, które jest tak charakterystyczne dla zazdrosnej gawiedzi.

Sama kiedyś pracowałam nad tematem działalności charytatywnej, zagłębiając się w ten temat, i wiem, że często altruiści są traktowani jako egoiści, którzy dla zaspokojenia potrzeb własnego ego działają na rzecz innych. Ale moim zdaniem jest to bardzo mylne spojrzenie, nie wnikające w istotę potrzeby spełniania obowiązków nadzwyczajnych wobec innych (więcej o obowiązkach nadzwyczajnych można poczytać w dziełach Immanuela Kanta).  Tak naprawdę działalność na rzecz innych to często wewnętrzna potrzeba, taka do której czujemy wewnętrzny mus. Nie każdy zna takie uczucie, stąd ludzie podchodzą z rezerwą do takich osób, które pomagają innym. Jeśli na dodatek nie czerpie z tego żadnych korzyści majątkowych, albo towarzyskich, jest posądzany o jakieś niecne cele.

Ale warto zwrócić uwagę na to, jak pomaganie innym wpływa na nasze samopoczucie, gdy naprawdę mamy dobre INTENCJE, i chcemy pomóc innym, ze względu na to, że jako istoty czujące jesteśmy wyposażeni w neurony lustrzane, nam samym robi się lepiej, i czujemy się sami bezpieczniej w takim świecie, w którym ktoś pomaga komuś, a szczególnie gdy ta pomoc jest multiplikowana. Bo czujemy wtedy solidarność z innymi i braterskość, na których to wartościach zależy temu fajnemu człowiekowi, jakim jest Owsiak.  I po którym niestety tyle osób jeździ. Ja się cieszę, że ten człowiek ma auto, dom i pieniądze.  Byłoby to w chuuuj niestosowne, gdyby nie miał żadnych pieniędzy z tego, co robi. Ludzie są podli, że wymagają do niego, by się najlepiej wszystkiego wyrzekł, żeby udowodnić, że czyni dobro. Powinniśmy mu wszyscy życzyć, żeby się jemu powodziło, i by jak najdłużej był zdrowy, i odganiać złe chmury, i ludzi ze złą energią, którzy chcą odebrać mu jego energię.

Nie chcę nawet myśleć, jak wyglądałby nasz polski świat bez Owsiaka, który pomaga zebrać pieniądze na to co najważniejsze da ludzi – na opiekę zdrowotną. Nieraz byłam w Centrum Zdrowia Dziecka, i z rozrzewnieniem przyglądałam się czerwonym serduszkom na maszynach medycznych. Nie może zabraknąć tych serduszek! Nie może zabraknąć tej energii, która je wytwarza! Ten człowiek nie ma parcia na szkło, ten człowiek jest szczerze dobry. Może ma ADHD jak ja, więc czuję ten jego oversharing, którego ludzie często się boją, bo aż nie wierzą, że można być aż tak szczerym w swoich wyznaniach i szczodrym. I utożsamiam się z jego poczuciem odrzucenia wynikającym z niedowiarstwa ludzi, że można być aż tak otwartym na innych. A JEDNAK MOŻNA!!!

Nie patrzmy na ręce Owsiaka z takim sceptycyzmem, zostawmy to urzędnikom, na pewno jest z każdej strony sprawdzony. Ale właśnie dopingujmy mu. Wspierajmy jego akcje, bo pieniądze przez niego zbierane na pewno bardziej nam pomagają niż te, które oddajemy w podatkach. On pomaga państwu polskiemu obsłużyć szpitale, więc ludzie, no kuźwa, tu tylko bić brawo należy, i jeszcze dorzucać się temu człowiekowi do jego własnego lepszego bytu, po to by miał dalej energię pomnażać swoją własną energię dla innych!

Podsumowując, Fundacja WOŚP ok. 92 proc. zebranych środków przeznacza na bezpośrednią pomoc charytatywną, same koszty administracyjne to jedynie ok. 8 proc. A koncerty Pol’and’Rock to impreza zrzeszająca cały polski naród. Byłam w tym roku i ja, mimo że szczerze żaden zespół nie był jakimś tam moim ulubionym. Ale jechałam dla tej atmosfery wolności, radości, braterstwa. I cieszę się, że chociaż w tym miejscu można pokazywać tyłki w wyrazie dezaprobaty wobec wojen. Bo w sumie jak inaczej walczyć z władzą, która nas stawia do walki z innymi, nawet gdy nie tylko nie mamy na to ochoty, ale i w ogóle idea wojen nam nie przyświeca jak przez zwykłe spuszczenie na to gaci… Nie ma innego sposobu na zwrócenie uwagi na swoje niezadowolenie ze świata niż wystawienie jemu swojego tyłka. I zrobili to artyści Nocny Kochanek, i Hunter, i nie wiem kto tam jeszcze, ale popieram takie akcje. Bo gdyby nie były tak ekstrawaganckie, to nikt by nawet nie mówił o Pol’and’Rock. Który stał się już nie tylko symbolem wolności artystycznej, ale w ogóle wyjścia z systemu poprzez pomoc nieudolnemu systemowi, który w życiu by nam nie zapewnił takiego sprzętu medycznego, który zapewnił przez te wszystkie lata ten kolorowy człowiek, tak często opluwany, tak często oczerniany. Tak często wyzywany. Śmieszy mnie posłanka Lichocka, że się oburzyła zobaczywszy pośladki chłopaków. Kto nie rozumie rock’and’rolla, niech nie chadza na koncerty. Proste? Proste!

Ludzie, którzy czynią dobro mają naprawdę od górkę. Bo muszą ciągle udowadniać, że cokolwiek robią, robią wszystko w szczytnym celu. Pozwólmy Owsiakowi być też człowiekiem! Takim, który się czasem wozi, nosi, i w czymś mieszka. A nawet jeździ na wakacje. I mimo to, że mu na to pozwolimy mam wrażenie, że i tak uczynił więcej dobra niż na przykład Matka Teresa, która może i nie jeździła auta za pół bańki, ale na pewno też nie uzbierała takich kwot na pomoc innym, jakim uzbierał ten człowiek. Na którego nie pozwalam pluć! I nie pozwalam bluzgać. Bo nie znajdziemy tak wiele dobra wokół siebie, co w nim. Tyle dobra, które on co roku pomnaża przynosząc nam niemalże święto narodowe, jakim się stał coroczny zimowy Finał WOŚP, a następnie letnia impreza Pol’and’Rock.

Zdj. Marcin Michoń z koncrtu Nocnego Kochanka, Pol’And’Rock 2025

 

Continue Reading

Samotny człowiek w samotnym świecie pracy

Kiedy zapraszałam ludzi na spotkanie o pracoholizmie, wiele osób reagowało: „Ooo, to mój problem! Będę!” Chociaż byli i tacy, którzy mówili: „Niestety nie dam rady, bo mój pracoholizm mnie zobowiązuje do pracy.” Ale i tacy, którzy mówili: „Mnie ten temat nie dotyczy.”

I właśnie tak sobie myślę, że jednak każdego dotyczy problem zapracowania i kreowania swojej osoby i swojego znaczenia poprzez pracę. Nawet jeśli sami nie jesteśmy uzależnieni od pracy, to mamy zawsze kogoś – czy to w rodzinie, czy wśród znajomych, kto się boryka z pracoholizmem, bo jesteśmy zanurzeni w erze kapitalizmu, erze promującej człowieka pracy. Erze robienia pieniędzy, kariery, tworzenia  iluzji na własny temat, ustanawiania renomy, wożenia się, noszenia się, stawiania domu, posyłania dzieci do najlepszych szkół.

I nawet jeśli nam się wydaje, że nie dotyka nas pracoholizm, to często czujemy się przytłoczeni przez te inne osoby, które zdołały coś osiągnąć w życiu, które na pytanie, czy się ze mną spotkasz, odpowiadają niby z żalem, ale mam wrażenie, że częściej z mniej czy bardziej ukrytą pogardą, że masz w ogóle czas na takie bzdety jak spotkania towarzyskie: „Sorry, nie mam czasu. Mam mnóstwo pracy.” I często takie osoby, które potrzebują towarzystwa innych osób w końcu odpuszczają, przyzwyczajają się do realiów dzisiejszych czasów, że dziś nikt nie ma czasu na zwykłe posiedzenie. Że jeśli już ktoś wyjdzie, to napić się, żeby odpocząć, zredukować stres, i w tym piciu rzadko jest miejsce na naturalny kontakt z drugą osobą. Ta druga osoba jest już tylko towarzyszem picia, odreagowania od życia, które stało się pracą, ale nie częścią samego realnego życia. I żyjemy tacy wszyscy obok siebie, samotni, zanurzeni w wartościach kapitalistycznych, zapominając o poszukiwaniu sensu życia, żeby może przypadkiem odkryć, że go nie ma…

Żeby zredukować swój stres ewentualnego „nic-nieznaczenia” w tym pędzącym nie wiadomo gdzie świecie, poddajemy się realiom pracy. Często pracy nie wynikającej z naszej pasji, tylko takiego zajęcia, którego nawet nie lubimy, w którym odmierzamy godziny do ucieczki do domu, tracąc tak naprawdę nasz czas, nasze życie, nasze relacje z bliskimi, a nawet nasze macierzyństwo, czy tacierzyństwo. Żeby tylko ktoś o nas nie myślał, że jesteśmy leniami. Żeby tylko jak najlepiej wykreować siebie, nawet jeśli nie lubimy tej kreacji, i nie czujemy się w niej wygodnie…

(Jutro, 22 listopada 2024, porozmawiamy na ten temat jeszcze głębiej. W teatrze BOTO w Sopocie z dr Małgorzatą Osowiecką-Szczygieł, wykładowczynią na Uniwersytecie SWPS, a po godzinach poetką zastanawiającą się podobnie jak ja nad sensem życia… Kto ma tylko czas, ZAPRASZAM).

Photo by Thought Catalog on Unsplash

Continue Reading

Cholerna samotność w kapitalistycznym świecie… (Pracoholizm i inne problemy)

Nie podoba mi się dzisiejszy świat. W ogóle… Świat deadlinów, tytułów naukowych, świat banków, korporacji, i nas wszystkich trzymanych w tym systemie jak zakładników, podporządkowujących się systemowi by przetrwać, bądź wyłamujących się z niego (jak ja…), by poczuć jak się upada na czoło. I jak to jest przedstawiać się próbując coś załatwić i odpowiadając na pytanie: „gdzie pracujesz?”, „nigdzie”, bo przecież pracuję „z domu”. (…)

Continue Reading

Pierdolę, nigdzie dalej nie idę!

Continue Reading

Kiedyś marzyłam o tym, że świat może być dobry… (Moja Praca Magisterska)

Taki wkurv i niemoc z okazji wojen występujących w dzisiejszych, takich niby cywilizowanych czasach mnie ogarnia, że postanowiłam, że podzielę się tutaj czymś nad czym kiedyś bardzo długo i mocno pracowałam wtedy przekonana, że kiedyś to ja jeszcze bóg wie co napiszę. Może ktoś ma ochotę poczytać albo przyda się komuś studiującemu filozofię to, co napisałam na podsawie wielu książek i artykułów zbierając wiedzę dotyczącą dobrych uczynków w całość – dokładnie rzecz biorąc pisałam o supererogacji. Pracę tę napisałam w 2007 roku na Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Filozofii i Socjologii pod kierunkiem prof. Magdaleny Środy, która o supererogacji (czyli skrótowo mówiąc altruiźmie) sama pisała pracę doktorską. Pisząc tę pracę pragnęłam opisać czyny dobre, altruistyczne, a także ogólnie podejmowanie się pewych nieobowiązkowych rzeczy z samej chęci wewnętrznej pomocy innym, albo w ogóle światu – jako sposobu na polepszanie rzrczywistości i prowadzenie cywilizacji do przodu. Tak bardzo bym chciała by ludzi uczono jak poszrzać zakresy dobra, a nie władzy…. Ale co ja mogę więcej zrobić niż oddać te moje myśli na ten temat w ręce czytelników. Niestety nic więcej… (…)

Continue Reading

Ile złości w sobie mieści „grzeczna dziewczynka”

Od kilku lat zmagam się z bólem, i wiele razy słyszałam od różnych lekarzy, że może powinnam brać atydepresanty, bo miałam bardzo duży poziom kortyzolu po różnych traumatycznych tam historiach. I mimo, że wiem, że radzą mi to w dobrej wierze, gdy tak ciągle się słyszy, że ma się iść do psychiatry, to odechciewa się przyznawania do bólu i słabości. Szczególnie, że spróbowałam już niejednych antydepresantów, i na razie poza tyciem i sennością nie widziałam za wiele skutków, no może poza jszcze lekką olewką na to, co wokół. Kryję więc łzy, nie stękam, gdy boli noga, ręka, kręgosłup. Wstaję z łóżka, gdy nie mam sił wstawać. Robię zakupy/lekcje z dziećmi/wychodzę na spacer z psem/sprzątam chałupę/i pracuję. Żeby tylko inni nie poznali, że coś nie halo. (…)

Continue Reading

Rzeczowniki NIE MAJĄ PŁCI, one mają tylko RODZAJ

Gdy wrzuciłam ostatnio tekst o moich odczuciach językowych dotyczących feminatywów, opisując, że nie czuję się komfortowo nadając niektórym rzeczownikom końcówki żeńskie, dowiedziałam się od walczących o ich implementację femiistek, że jestem: idiotką, niedouczoną i niedoinformowaną ignorantką, że nie znam się NA NICZYM, że lepiej, żebym się w ogóle nie wypowiadała, i zachowała sobie swoje myśli. No i tym podobne. Tekst mój podrzuciłam na grupy feministyczne, z nadzieją, że wywiąże się z tego konstruktywny dialog, i że pomogę może niektórym osobom oswobodzić się z poczucia przymusu stosowania feminatywów nawet wtedy, gdy tej osobie to zupełnie nie pasuje, i średnio przechodzi przez gardło, ale robi to w imię jakichś idei, które nie zawsze do końca też czuje. A ja nie znoszę, jak się coś robi w imię jakichkolwiek idei. Bo to odbiera osobistą wolność. Podobnie zwyzywana jak teraz, byłam jedynie przez nazistów, gdy za pierwszym razem wrzuciłam tekst o Polsce, o tym, że źle się czuję w ujarzmionym kraju, porównując to do tego, jak czułabym się w ujarzmionym związku: https://matkakurwapolka.pl/jestem-polka-i-to-boli/ Wtedy bałam się ujawniać twarz, a teraz też coraz bardziej boję się braku anonimowości. I jeśli to co piszę, komukolwiek przynosi na myśl, że propaguję nienawiść do kobiet, bo zarzucono mi mizoginizm, to należy zmienić absolutnie myślenie. Jeśli sprzeciwiam się narzucanym ideom, i walce o coś, z czym się nie zgadzam, to nie znaczy przecież, że nienawidzę osób, która wyznają daną prawdę. Chcę jedynie poszerzyć horyzonty takich osób o inne spojrzenia, i zwrócić uwagę na pewne aspekty, gdzie podstawą ma być tolerancja i szacunek wobec innych. (…)

Continue Reading

Niech ktoś to wreszcie powie o feminatywach

Proszę o wyrozumiałe przeczytanie tego tekstu. Chciałabym pokazać, że feminatywy potrafią wyrządzać krzywdę zarówno ludziom, jak i językowi. Katarzyna Nosowska raz się wychyliła w tej sprawie, gdzie wyraziła wręcz jedynie swoje odczucia, a nie głębokie myśli, które by może te odczucia wyjaśniły, i oberwała za szczerość. A ja nie mogę uwierzyć, że żaden językoznawca nie zabiera podobnego stanowiska, tylko każdy myśli, że z uwagi na prawa kobiet, należy tak drastycznie, i sztucznie zmieniać język. Bo ktokolwiek teraz się wypowie przeciwko feminatywom może okazać się skostniały w swoich poglądach i uprzedzony wobec kobiet. Nie sądzę, że jestem skostniała w swoich poglądach, a uprzedzona jestem jedynie wobec ludzi, a nie kobiet – którzy są nieustępliwi, napastliwi, chamscy i narcystyczni. (…)

Continue Reading

Kto nie czeka na zyski z każdego człowieka?

Czasem ktoś mnie prosi, żebym udostępniła na swoim blogu czyjeś a to memy, a to dla odmiany zbiórki na chorych, a to jakieś teksty, które ktoś ma na swojej stronie, albo grupie. I wiedząc o tym, że łatwo jest stracić panowanie nad stroną i zaufanie ludzi, którzy tu się zgromadzili, staram się nie mieszać moich tekstów z pewnego rodzaju reklamą innych stron. Nawet miałam dylemat, czy samej założyć patronite albo „kup mi kawę”, bo wydaje mi się, że niektórzy mogą to uznać za żebranie. Poza tym wolę promować własne produkty – i skoro założyłam z bratem sklep www.ohstone.pl to jedyne do czego namawiam, to do kupna szlachetnych kamieni, bo akurat na kamieniach i na tantrze trochę się znam, i szczerze lubię te rzeczy. I stwierdziłam, że co lepszego mogę sprzedawać prowadząc takiego bloga jak nie dilda czy jajka yoni? 😉 Nie chcę być jednak nachalna w tej sprzedaży – po prostu tu sobie piszę, a tam sobie sprzedaję. I nie czuję, że kogokolwiek naciągam, najwyżej namawiam, i nigdy nie oszukuję ani na jakości, ani na cenie. Zwyczajnie stosuję się do mojej ulubionej maksymy, by traktować innych tak samo, jak sama bym chciała być traktowana. I sprzedawać też tylko to, co sama bym chciała kupić.

Raz udostępniłam czyjś tekst o przemocy na mojej stronie, i zagadałam osobę, która najpierw poprosiła mnie o taką możliwość. Napisałam jej, że to co napisała rozumiem, bo sama coś podobnego przeżyłam, i że dlatego wrzuciłam na swoją stronę. Nie tylko nie poczułam żadnej wdzięczności za udostępniony tekst, bo ona po prostu uważała, że pewnie cały świat powinien ją doceniać i udostępniać, i pewnie mój blog nic dla niej nie znaczył, był jedynie środkiem do celu czyli rozpowszechnianiu własnej zajebistości. Ale do tego w odpowiedzi na moją prywatne wynurzenie otrzymałam wiadomość: „Kup mi kawę, to wtedy pogadamy, bo nie mam czasu”. I poczułam się kopnięta w dupę. I zobaczyłam jak ludziom pewnym siebie dobrze idzie to wykorzystywanie tych źródeł finansowania pisania. Jakby nigdy nic. Ja tu się cykam, żeby nie być zbyt nachalna, gdy promuję cokolwiek, a dostaję w ryja za moją bezczelność, że tracę czyjś czas swoimi prywatnymi przemyśleniami. Przecież wszystko w dzisiejszych czasach robi się pod publikę. A jak nie, to trzeba zapłacić za czyjś poświęcony czas.

Nie umiem w takie rzeczy. Nie umiem w zarabianie za wszelką cenę. Nie rozumiem dzisiejszych ludzi. Wolę bawić się w samotność. Wolę w dilda i jajka yoni. Niż w „daj mi kasę za rozmowę”. Bo słowa powinny być bezinteresowne. Powinno się pomnażać słowa by zwiększać ich wartość i wartość swoich myśli.

Gdzie się podziały te dawne spotkania rozmowy do rana dające po prostu do myślenia? Gdzie te spotkania literackie, przy których co chwilę nie prosimy o kupno naszego tomiku? Gdzie te naturalne interakcje się podziały? Nie tylko literatów, ale w ogóle ludzi? Gdzie są ludzie wśród tych wszystkich marketerów?

Do kogo mogę napisać, żeby nie tracić czyjegoś czasu? 

Kto nie czeka na zyski z każdego człowieka?

Continue Reading