Bloga zakładałam z myślą, że pewnie jakieś kika osób zrozumie moje przesłanie. Ale znalazło się tu więcej niż kilka, i serio ludzie, cieszę się, że czujecie ten klimat 😉 OGROMNIE DZIĘKUJĘ WAM, że się nie baliście tu wejść, albo czegoś zalajkować. Ten blog to był mój bunt wobec wymogów społecznych stawianych „Matkom Polkom”. Wobec przymusu bycia idealną. Mam dość ludzi, którzy się wstydzą coś polubić, nawet gdy to coś lubią, „bo niewypada”… I najgorsze, że często ludzie też nie tyko nie lajkują takich blogów, ale w ogóle unikają wchodzenia w relacje – przyjacielskie, albo jeszcze bliższe, z kimś, kto tych wymogów społecznych nie spełnia… Kto jest zbyt ekstrawertyczny. Kto jest zbyt odważny w swoim odchodzeniu od społecznych założeń wtapiania się w tło malowane przez kapitalistyczne ideały. (…)
Uważam, że najważniejsze w mamach jest to, żeby KOCHAŁY swoje dzieci. A jeśli jakieś kobiety nie są gotowe na taką miłość, nie muszą stawać się mamami. Tak samo jak nie trzeba być gotowym na adopcję psa czy kota, jeśli nie mamy uczuć wobec tych istot. Bo zawsze najważniejsze są uczucia. To z uczuć powstaje poświęcenie – wstawanie w nocy, gdy dziecko tego od nas wymaga, bo jest chore, gdy płacze i jest głodne. I obowiązki wobec tego dziecka jak zapewnienie mu pokarmu, ciepła w domu, i ubrań, i tak dalej. Tylko my – mamy, często zapętlamy się w tych obowiązkach i pętlimy sobie z nich supełki wokół szyi, bo chcemy mieć najlepsze obiadki, najpiękniejsze sukieneczki i spodenki dla dziecka, i karuzelkę nad kołyską, gdy jest małe, i lego, konsolę, telefon, gdy starsze. Aż nam samym ciężko oddychać w tej gonitwie po kolejne rzeczy. Bo kapitalizm wszedł nam do domów. Ta poza bycia zajebistym obywatelem wtedy, gdy mam zajebiście urządzone mieszkanie, i zajebiście ubrane dziecko, i jeżdżę na zajebiste wakacje, którymi mogę pochwalić się przed znajomymi. Tak, POCHWALIĆ SIĘ – to znak naszych czasów. Wszystko co robimy, musi być warte pochwalenia się. Wstawienia na instagram, facebook, tiktok, i zaproszenia znajomych i rodziny, by zobaczyli, jak fajnie urządziłam chatę, i jakie rośliny posadziłem w ogrodzie. I posiadanie chłopaka, dziewczyny, żony, męża, też tylko z wyższej półki. Z ukończonymi dobrymi studiami, z fajną pracą, i z zajebistą dupą i cyckami/sześciopakiem i fryzurą i zarostem strzyżonym przez najlepszych barberów.
Ale często przez ilość obowiązków i poczucia przymusu, by być przy okazji mamą idealną, Matką Kurwa Polką, matki oddalają się od swoich dzieci. Bo nie mają sił i czasu na zwykłe spędzenie razem czasu. Zawsze musi być „niezwykłe” w tej dobie kreacji naszego wizerunku. Bo zwykły spacer blisko domu to nie to samo, co wyjazd na weekend pod miasto, albo najlepiej w góry/nad morze, albo gdzieś za granicę. A na to trzeba mieć siły na planowanie i kasę na wydawanie. Matki bezsilnie kłócą się z dzieciakami o odrabianie lekcji, pomoc w gotowaniu i ogarnianie chaty, szczególnie przed przybyciem gości, przed którymi trzeba się prezentować jako zajebista rodzina, która ma zajebiste żarło oraz ustawienie mebli, i zajebiście radzi sobie ze wszelkimi obowiązkami. A ten wymóg nas często spala. Zaburza nam sen, daje poczucie lęku, że nie jesteśmy „wystarczające”. Że dzieci nas nie słuchają wystarczająco. Że w takim razie zawodzimy na polu bycia matką. I się nakręcamy na dążenie do perfekcjonizmu, które często działa na naszą niekorzyść, bo wprowadza w nas w niepotrzebny stres.
Wiadomo, złoty środek jest zawsze najlepszy. Obowiązki nas trzymają w ryzach, ale przesadna o nie dbałość, odbiera radość ze wszystkiego co robimy, bo wtedy poświęcamy się jedynie jakimś ideom, zamiast po prostu żyć. I cieszyć się z czasu spędzonego z dzieciakami, nawet jeśli nie jest to super zaplanowany czas, od 8 rano do 21. Bo czasem można się też razem ponudzić w domu, i poodpoczywać. Żeby mieć siły na kolejne gonitwy ustanowione przez nasz współczesny świat w szkole i pracy.
A co zrobiłam ja sama ze swoim życiem odchodząc od ojca moich dzieci i za chwilę odchodząc z korpo, żeby mieć więcej czasu dla potomstwa… Wyglądało to dla niektórych, że zwariowałam. Zdecydowałam się żyć samej, mimo że trudniej jest wiadomo ogarnąć chatę/dzieci/lekcje/zakupy. Czy ktoś mnie wspierał? No nie powiem, że dużo ludzi, bo nie szłam narzekać na swój los, na depresję, na to, jak mi ciężko. Wręcz na odwrót – mnóstwo osób uważało, że bawię się w hedonizm, skoro gardzę doczesnością. A tak mało osób zapytało, jak się czuję, i jaka naprawdę jest ta moja doczesność. Często tak jest, że jak wysłucha się jednej strony opowieści, to nie zauważa się tej drugiej strony, jej głębi. A zawsze warto się zagłębić. Nie zawsze wszystko jest płytkie, nawet gdy ktoś nas o tym przekonuje.
A w tym wszystkim ten mój blog, ten mój bunt, ta nazwa, te treści niestosowne dla wielu. I do tego sklep OhStone z dildami i jajkami yoni, bo kurcze z pisania się nie da żyć, więc co mogę sprzedawać lepiej z takim blogiem jak nie dilda? Czy coś tu bardziej pasuje?? Skoro właśnie dilda pasują do samotnej matki, która pozbywa się ze swojego życia faceta… I wiecie kim jestem dla innych. Szaloną matką. Niestosowną. Śmieszną. Ale zarazem i tragiczną. I tylko szaleńcy chcą się wiązać z matką kilkorga dzieci, która na dodatek ma ADHD, i robi milion rzeczy na raz, z czego wielu nie dokańcza w tym swoim biegu myśli i działań. I z kobietą prowadzącą takiego bloga i taki sklep… I tylko osoby, które nie przejmują się opinią innych się ze mną zadają. Tylko takie osoby, które widzą co się kryje pod spodem tej samotności i tego mojego wynurzania myśli rozumieją moje opowieści. Rozumieją przesłanie, że nie chcę być widziana jedynie przez pryzmat dzieci, ani tylko przez pryzmat pracy, ani też przez pryzmat mojego pisania. Jestem gdzieś pod tym ze swoją słabością, wrażliwością, kobiecością. I jeśli ktoś tego nie widzi, i nie docenia, a na dodatek jeszcze po tym jeździ, to chciałam to wreszcie powiedzieć głośno: NIECH SPIE*DALA! Bo ja prędzej wytłumaczę moim własnym dzieciom, że nie ma nic niewłaściwego w sprzedawaniu dild z kamieni, ani w pisaniu o bólu, niespełnionej miłości i rozczarowaniu społeczeństwem, w jakim żyjemy, niż cymbałom, którzy z góry zakładają, że jestem NIKIM. I jeśli kiedyś mi się kłaniali, w czasach, gdy byłam żoną „kogoś”, albo gdy sama byłam „kimś” pracując w korpo, gdy ludzie doceniali moje studia, i moje oczytanie, i tym podobne chujowanki. To dziś jak widzę ich rozczarowany wzrok padający z pogardą na moje byle jakie ubranie – bo nie łażę w garsonkach po mieście, o nie, nie, nie. Nie ja. Ja cenię sobie wygodę, swobodę i życie w zgodzie ze swoim ciałem, i nie zamierzam oddawać tej wygody dla poprawy padającego na mnie wzroku – to mam ochotę się z nich śmiać, że są tępymi dzidami, że się dali tak wkręcić w kapitalistyczne dyrdymały, i że tracą swoje życie. A jeśli ktoś mnie poucza, co mam robić, żeby z powrotem wrócić na „tory” normalnego życia, mam ochotę znów odpowiedzieć „spadówa”, bo nie zamierzam kreować swojego wizerunku dla innych. I żadna praca nie hańbi. Uwielbiam te kamienne dilda. Są piękne, są szlachetne, i często cieplejsze od ludzi… Wystarczy je chwilę rozgrzać w dłoni.
Ludzkich serc często nie jest w stanie nic rozgrzać. Nic a nic. A ja chcę tylko ciepła od ludzi. I jeśli go nie dostaję, to powtarzam, że sama dam ze wszystkim radę, nawet z seksem, i od razu mi cieplej na duszy, że nie przejmuję się chłodem innych. Że nie przejmuję się ich brakiem wrażliwości i zrozumienia dla innego człowieka. Że nie przejmuję się samotnością… I byciem niewystarczająco spełnioną zawodowo dla innych, niewystarczająco elegancką/niewystarczająco odnoszącą sukcesy/niewystarczająco starającą się o wizerunek i kontakty… Mam dość bycia niewystarczającą dla INNYCH!
Photo by Alexander Grey on Unsplash