Tym razem założyłam majtki 🙄😁 Na Galę „Sopockich Pereł” w Sheraton Sopot Hotel. Tym razem, również inaczej niż kilka lat temu, nie musiałam już rozdawać dzieciaków po znajomych, żeby się wyrwać na ten wieczór, bo są już większe. Więc jedno drugim, a drugie trzecim, i trzecie pierwszym, się jakoś zajęło. (…)
Z radością odkrywam, że oznacza to chyba, że mam mniej na głowie niż wtedy, gdy pamiętam jak zziajana dobiegałam do Sheratonu bez gaci, tylko w samych dżinsach na dupsku, bo spod prysznica wybiegłam wtedy bez tracenia czasu na tak trywialne sprawy jak gacięta.
Czy mam mówić, że się bałam, jak się odnajdę na tego typu gali, gdzie każdy ma jakiś niesamowity tytuł i uprawnienia, idzie jakąś piękną ścieżką kariery usłaną płatkami róż, a moim jedynym tytułem jest obecnie tylko Matka Kur*a Polka, a ze ścieżki mojej kariery dawno temu już zeszłam, i teraz błądzę po meandrach mojej wyobraźni po to, by dowieść, że nawet taki nikt, osoba „siedząca” z dziećmi w domu, ma szansę też coś robić z tego domu, pisać z łóżka, które stało się moim miejscem pracy, w szlafroku czy dresie, które stanowią mój roboczy strój. Gdzie każdy przedstawiając się zaraz po nazwisku dodawał „dyrektor tego czy śmego”, a ja się nie czuję nawet dyrektorem mojego własnego życia, a co dopiero czegokolwiek innego…
Założyłam, że zostanę na rozdanie nagród, a potem się zawinę, bo gdzie ja taka zaniedbana i zniszczona trzema ciążami, walcząca z depresją, fibromialgią i tężyczką, z tą moją przemożną chęcią zaszywania się w tym moim łóżku w tym moim dresie, piżamie, czy szlafroku, przy moim laptopie, moim Netflixie i moich stosach wordowskich plików, o których wydanie nigdy nie mam siły walczyć. No gdzie ja tutaj z tym moim naszyjnikiem, do którego przed wyjściem doklejałam na super glue szklaną perełkę, którą zerwała mi córka na jakiejś swojej imprezie – bo nie ma takich rzeczy, których dzieciom nie oddaję, ani których im nie poświęcam. I nie mówię tego z żalem. Bo ja ani jednej godziny z nimi spędzonej, ani jednej porzuconej pracy, ani jednej pary skarpet i rajstop, które mi podarły, ani jednego naszyjnika, którego mi zerwały – niczego nie żałuję. I ubrana w moje byle jakie ciuchy przyozdobione sklejonym naszyjnikiem, ale za to nie byle jaką dumę z moich decyzji macierzyńskich, znalazłam się najpierw na sali rozdania nagród, a potem na sali bankietowej i balowej.
Czy jest to przykre widzieć, jak inni otrzymują nagrody, wiedząc że samej się nie ma ani szans, ani sił, ani już nawet chęci w konkurowaniu w czymkolwiek? Czy jest to upokarzające nie mieć żadnej porządnej firmy, jaką się reprezentuje? No poza moim wspaniałym sklepem OhStone… Tylko jak wytłumaczyć innym, że sklep z dildami i jajkami yoni, to nie jest sklep pornograficzny, a prozdrowotny? I że nic innego nie wpadło mi do głowy by połączyć z moim blogiem. No bo co ma innego sprzedawać lepiej taka Matka Kur*a Polka? Odkurzacze, suszarki do włosów, sukienki? No przecież, że lepiej pasują tu dilda i jajka! Taki jajcarski zestaw bloga i sklepu.
Staram się nosić dumnie głowę, i reprezentować i tego swojego śmiesznego bloga, i śmieszny sklep, na poważnie. Ale wiem, że ciężko jest mnie traktować poważnie, bo sama mam z tym problem. Zawsze wolałam się zamknąć przed wzrokiem innych, i robić wszystko po swojemu, bo ciężko jest tłumaczyć ludziom, że staram się mieć inne wartości niż te, które przyświecają naszym kapitalistycznym czasom.
I stałam jak najdzielniej potrafiłam na moich prawie nigdy nie noszonych wysokich obcasach, udając że czuję się w nich swobodnie. I w mojej sukience ciążowej, bo jakoś tak rzadko mam sposobność zakładać sukienki, że zapomniałam, że w moje dawne raczej się nie mieszczę. Na którą narzuciłam marynarkę by podkreślić, że i mi należy się szacunek, chociaż tej nawet nie próbowałam zapiąć, żeby jej nie rozedrzeć, bo pamięta ona za to czasy sprzed dzieci, gdy nosiłam nie tylko inny numer stanika, ale i ubrań. Te czasy, gdy marynarka była mi potrzebna na co dzień. Te czasy, w których nie wstydziłabym się uczestniczyć w takiej gali ani rozważać sensu wychodzenia z piżamy, i z domu…
Zaskoczyło mnie to, że Ci ludzie, których strojów, jak i stanowisk, jak i nazwisk tak się bałam, byli tak bardzo otwarci i luźni. Nie wiedziałam gdzie usiąść, bo nikogo dobrze nie znałam, dosiadłam się do kogoś, kto siedział obok mnie na rozdaniu nagród, do jednej z nielicznych znanych mi twarzy, nie wiedząc, że w ten oto sposób będę przy stole z dyrektorem generalnym Sheratonu i jego partnerką, którzy okazali się być wyjątkowo otwarci i rozmowni, podobnie jak i inni urzędnicy i dyrektorowie sopockich instytucji siedzący obok. Więc koniec końców z przyjemnością zostałam dłużej niż myślałam, że dam radę wytrzymać. Bo nie czułam odrzucenia, którego z góry, jak zawsze oczekiwałam.
Jedno jest pewne. Dużo łatwiej jeść ekskluzywne przystawki i dania w otoczeniu ludzi, którzy nie przyglądają się, czy aby na pewno pasuję do tego towarzystwa, ani nie dopytują o ilość moich dzieci, czekających na mnie w domu. Ani o karierę, którą porzuciłam tak dawno, że nie pamiętam nawet, że kiedyś ją robiłam. Zamiast więc uciekać przed ludźmi i chować się przed nimi wszystkimi w ścianach mojego skromnego domu, napawałam się tą przyjazną atmosferą, która panowała jakbyśmy wszyscy nie byli na jakimś z założenia nudnym rozdaniu nagród dla sopockich organizacji i przedsiębiorców, tylko jak na jakimś pięknie zorganizowanym i wesołym weselu.
Bałam się, że inni będą patrzeć na mnie z takim uczuciem litości, jakie ja kiedyś sama miałam w stosunku do matek, które opiekują się własnym potomstwem, zapominając o swoim własnym życiu. Może więc bałam się swojego dawnego spojrzenia, tej dziewczyny sprzed lat, która zakuwała po nocach, by zdobyć jak najlpesze wykształcenie, które koniec końców do niczego się jej nie przydaje.
Nie zaznałam od tych ludzi odrzucenia, które zawsze z góry zakładam, że otrzymam. Rozumiem już teraz, że życie można całkowicie zmienić dla dzieci. I że nie jest to żadna ujma, a tylko powód do dumy, że potrafimy tak wiele oddać dla innych. I że każda poświęcona godzina tym dzieciom, i każda poświęcona kariera, to nie jest strata. A zysk. Bo poświęcenie to opiera się na największej wartości w życiu – na miłości.
Lubię mój Sopot za otwartość i szacunek wobec nie tylko tych, którzy mają marynarki szyte na miarę i naszyjniki z prawdziwych pereł. Oraz za to, że widzi i kibicuje i tym, którzy po cichu coś tworzą. Choćby robili to w piżamie i we własnej pościeli. Dzięki temu tutaj nawet ci, którzy nie mają za wiele sił przebicia czują, że mogą zamieniać własną słabość w siłę. I że mogą się dobrze bawić w swoich szklanych perłach przy tych, którzy sami noszą oryginalne…
Nie opowiadam tego, żeby się żalić, czy wzbudzać litość. Chciałabym, żeby Ci, którzy zdobywają szczyty karier wiedzieli, że jest dużo takich osób, któe czują się nieswojo w ich towarzystwie tylko przez głupie poczucie gorszości. A wcale nie trzeba tego poczucia innym dawać. Jeśli tylko pozmieniamy wartości w dzisiejszych czasach, i zaczniemy otaczać szacunkiem ludzi, którzy czują, że na niego nie zasługują. A każdy na niego zasługuje. Szczególnie właśnie Ci, którzy zrezygnowali z prawdziwych pereł na rzecz chociażby własnych dzieci… I poświęcają czas im właśnie, a nie zarabianiu na coraz większą estymę.
(A tu więcej na temat tych zapomnianych majtek na Galę kilka lat temu 😉 https://matkakurwapolka.pl/sopockie-perly-2021-fragment-piszacego-sie-dziennika-polskiej-brydzyt-dzons-czesciowo-na-faktach/ )
Photo by Rosa Rafael on Unsplash