Sopockie Perły 2021 (fragment piszącego się „Dziennika polskiej Brydżyt Dżons”, częściowo na faktach)

tony-ross-LgZxmhKEmmo-unsplash

 

Pierwszy raz w życiu zostałam zaproszona na jakąś galę. Sopot jest naprawdę zajebisty, że nie patrzy na to, kim jestem (Matką-fucking-Polką), tylko co robię. Moje pisanie nagle zostało docenione jako mające znaczenie, więc jako ta od pisania artykułów o Sopocie miałam się pojawić na rozdaniu nagród Sopockie Perły 2021 dla sopockich firm i instytucji. To poczucie, że nie piszę na darmo, pomaga wstawać z łóżka. Z którego i tak piszę, ale po takim dniu, w którym topię się w literkach, pomaga mi wyjść na ulicę i podnieść głowę, już nie wbijać wzroku w kałuże, tam gdzie zawsze myślałam, że jest moje miejsce. (…)

Czuję taką dziwną ulgę po tylu latach poczucia, że wszystko co robię jest chujowe. Jednak nie jest. Ex zawsze drwił z tego mojego sposobu na rozładowywanie emocji pisaniem. A ono okazało się być moim zbawieniem z piekła.

– Jesteś nierobem! Nic tylko w piżamie siedzisz, i za darmo ciągle piszesz jakieś chujowe recenzje.

Patrzyłam na niego niewidzącymi oczami, bo za bardzo pochłoniętymi tworzeniem mojego świata możliwego, i chowałam się dalej w moich literkach, które mnie nie wyzywały, nie szydziły ze mnie, i wydobywałam z nich sens. Zawsze mi przeszkadzał w tym, co lubiłam, czy kochałam robić. Ale już jestem sama, nie pozwolę by ktoś zabraniał robić mi tego, co kocham. Pisanie to mój sposób na przeżywanie. Jedni lubią gotować, ja lubię robić dżemy i różne zaprawy z tego co spotkam na mojej drodze, co zrywam jak zioła i mieszam ze swoimi emocjami, jak z przyprawami. I czuję, gdy coś ma dobry smak. Zawsze dążę do tego, by to rozpływało się w ustach, i by każdy chciał tego skosztować. Z teatru wynosiłam nie tylko wrażenia i emocje, ale i chęci poszerzania wiedzy, więc bolało mnie, gdy wytykał mi to jako marnotrawstwo czasu. Siedziałam w książkach o sztuce, o tańcu, o psychologii, wynosząc z nich więcej treści niż z mojego poszarpanego życia. I w końcu ten mój „idiotyczny” styl życia zaowocował artykułami za kasę, i chętnie czytanymi. I wreszcie zaproszeniem do świata żywych ludzi, po raz pierwszy od dawna na coś innego niż spotkanie z rodzicami. Bo od dawna nie jestem sobą. Jestem tylko i wyłącznie rodzicem. I choć uwielbiam tę rolę, to wiem, że jestem ciągle zblokowana dziećmi. Żyję dla nich, żyję nimi, przeżywam wszystko z nimi. Ale brakuje mi mojej własnej przestrzeni. Ex mam wrażenie cieszy się, że jej nie mam. Codziennie przypomina mi, że jestem darmozjadem i alimenciarą, nie zwracając uwagi na to, że sama dla siebie tych alimentów nie mam, tylko dla naszego potomstwa. „Zapomniało” mu się dobre kilka razy przelać alimenty, ale wie, że jestem przecież za słaba, żeby prawnie się o nie upomnieć. Wie, że napawa mnie lękiem każda sprawa urzędowa. Więc trzyma mnie w swojej mocnej pięści. Poprosiłam go o pomoc z dzieciakami na ten dzień dwa tygodnie temu. Pomyślałam, co to za problem od osiemnastej do dwudziestej pierwszej. A jednak dzień przed, gdy spytałam, o której będzie, powiedział, że wcale. Co robić? Pomysł niani miałabym wypomniany natychmiast przez exa, że się szwendam po imprezach za jego ciężko zarobioną kasę. Jak ja bym chciała, żeby ciągle o tym nie pierdolił, tylko się nimi kurwa zajął.

Dobra, zen, spokój, kurwa, kurwa, kurwa. Wciągam powietrze łapczywie całkiem jak papierosy, które rzuciłam rok temu. Dzwonię do mamy Lenki:

– Help! Ex nie przyjedzie, a ja wiesz, idę dziś na tę galę co ci opowiadałam, na osiemnastą. Czy po tańcu może moja Majka u Was posiedzieć ze dwie, trzy godzinki?

– Pewnie – odpowiada Gośka – żaden problem. To widzimy się pod MDK przed tańcami. A potem sama  odbiorę dziewczynki.

Do mamy Niny jeszcze dzwonię w sprawie Feli, i ta też mówi, że bez problemu mogę ją podrzucić. „Bez problemu”, ja tego i tak nie słyszę, ja wiem, że to problem, nie umiem wyluzować, ale nie mam wyjścia, muszę żebrać o pomoc, żeby żyć. A Felek wiadomo, z przyjemnością zostanie „pod opieką komputera…” Dobra, obiad wydałam. Lekcje zrobiłam z młodymi, tylko Felek jak zawsze krzyczał, że nie chce, to odpuściłam. Szkoda nerwów. Szybka kąpiel. Zamykam oczy, żeby chociaż chwilę przestać galopować. I nie mogę, nawet w wannie pędzę myślami, układam plan, myślę, które dziecko, na którą jutro do szkoły. Ogarniam myślami, czy mam im z czego zrobić kanapki. Uff mam, może wczorajsze są bułki, ale ważne że są. Wycieram się myśląc, co ja kuźwa założę. O Boże, jeszcze paznokcie nieumalowane. Kiedy ja to zrobię?! Wybiegam z łazienki.

– Majka, Fela! Szybciutko, ubieramy się! Fela, Ciebie po drodze u Niny zostawię. I jakoś po dwudziestej odbiorę.

Szukam gaci jakichś wyszczuplających, żeby się jakoś prezentować na tej gali. Gdzie ja je kuźwa wsadziłam? Dobra, zaraz siedemnasta. Naciągam więc szybko dżinsy bez gaci. Trudno, potem znajdę. Dziewczyny moje na szczęście zawsze szybko chodzą. Wiedzą, że ze mną nie ma cackania.

– Fela, tu już skręcamy do MDK z Majką, a ty leć dalej do Niny. Jakby co, dzwoń.

Spotkałam Gośkę z Lenką pod MDK. Gdy Lenka z Majką weszły do środka, powiedziałam Gosi na odchodne:

– Jestem bez gaci i makeupu, a za pół godziny muszę już wychodzić do ludzi. Dziękuję ci ogromnie, że odbierzesz moją Majkę, co ja bym zrobiła bez moich patchworkowych żon, takich jak Ty, czy mama Niny?

– Jesteś bez gaci? Hahaha. Leć i baw się dobrze! – i rozeszłyśmy się w kierunku naszych mieszkań.

W domu szybka akcja make up, jakaś bluzka, która ujdzie, tylko kuźwa za nic nie mogłam znaleźć podkoszulka. Jak mi się guziki rozerwą, to będzie cyrk. Dobra, nie ma czasu. Buty na obcasie do torebki, na płaskim szybciej dolecę do Sheratonu. No i potem przecież też muszę biec po dziewczyny, więc nie wiem kto wymyślił wysokie obcasy, ale na pewno nie była to zabiegana matka. Na klatce schodowej pomalowałam paznokcie, żeby ich nie rozmazać. Zawsze tak robię, wysychają po drodze. Szkoda tylko, że dziś jest tak mega zimno. Zamarzną mi dłonie, zamarzną! Dobra, najważniejsze, że się nie spóźnię, zen. Za winklem Sheratonu szybko zmieniam buty mając nadzieję, że nikt z gali mnie nie zauważy. No ale niestety jakiś elegancki facet przechodząc obok rzucił do mnie troskliwie:

– Przeziębi się Pani.

Zawsze płakać mi się chce jak ktoś się o mnie troszczy. Jest tak mało takich osób, a każdy potrzebuje poczucia bycia zaopiekowanym. Powstrzymuję łzy. No Julka, teraz ryczeć, to parodia. Skup się dziewczyno, uważaj, żeby ci się bluzka nie odpięła, a nie jakieś sceny na schodach przy ludziach sukcesu. Dobra, jestem w środku. Nie widzę znajomych twarzy, i tylko ja jestem w dżinsach, ja pierdolę. Gdzie ja się wybrałam? Piękny hol pięknego hotelu. Wszyscy odwaleni na maksa. I ja. Och, nie wzięłam kolczyków… O Boże, ja nadal jestem bez gaci! Zapomniałam o nich w tym moim biegu. Dobra brak podkoszulka, gaci i kolczyków. Wciągać brzuch, cycki i dupę, żeby bluzka i spodnie nie pękły. I nie ryczeć! Wchodzę po schodach za innymi. Przed wejściem na salę bankietową tłum szukający swojego nazwiska na rozpisce, gdzie kto przy jakim stole siedzi. Znalazłam i siebie. Lecę do stołu numer siedem, i znajduję swoje miejsce. Obok mnie siada Ula, właścicielka „3 sióstr”.

– Och, jak dobrze, myślałam, że nikogo nie będę znać!

– Sopot jest mały. Fajnie, że jesteś. Ja na krótko, bo muszę szybko wracać do dzieciaków.

– No i ja tak samo – wniosek prosty – samotne matki nie mają czasu na bankiety.

Wręczanie Pereł wlecze się niemożebnie długo, a ja nie umiem siedzieć spokojnie. Chyba zacznę brać leki na ADHD, bo nie umiem wytrzymać w normalnych miejscach, na normalnych uroczystościach. Wydaje mi się, że ludzie są jacyś nieogarnięci. Jak można się nigdzie nie spieszyć, nie zerkać nerwowo na telefon, choćby po to, żeby sprawdzić, czy któreś dziecko nie wzywa pomocy? Jak w ogóle można żyć bez dzieci? Co robią tacy ludzie ze swoim czasem? I jak można tak spokojnie patrzeć bez nerworuchów na coś, co wywołuje we mnie nerwy tą swoją powolnością? Czy oni wszyscy udają spokój, czy są na prochach? Czy to może jednak ja jestem nienormalna? Ogarniam na co dzień sama trójkę dzieci, i ciągle jakieś artykuły muszę podsyłać, które piszę równolegle z odrabianymi z dzieciakami lekcji. Czy to jest też normalne, że jestem ciągle na wdechu, i nie mam kiedy wypuścić powietrza, ani ponownie wziąć oddechu? Docierały do mnie te wszystkie myśli, podczas gdy każda uśmiechnięta, wystrojona osoba wchodziła po kolei do prowadzącego galę, żeby odebrać nagrody za różne kategorie. Czy ja bym umiała tak wolno iść? Ja nawet na obcasach biegam. Wypiłam wręczony mi kieliszek szampana prawie jednym haustem, powstrzymałam się tylko ze względu na to, żeby nie wyjść na żula. Już po chwili czuję się upita, bo za rzadko mam okazję by pić, więc reaguję jak nastolatka na alkohol. Ula nalała nam jeszcze po kieliszku wina, które stoi na stole dla wszystkich. Podano nam przystawki, podczas gdy na scenę wkroczył magik pokazywać sztuczki. Boże, co ja tu robię? Przecież to jest dla młodzieży. Czemu oni to wszystko oglądają? I znów dotarło do mnie, że nie z ludźmi tutaj jest problem, tylko ze mną. Że nie potrafię wyluzować. Nie potrafię się delektować niczym. Wino wlałam w siebie jak w wiadro, przystawkę pożarłam nie zwracając uwagi, że kawałek łososia, który nam podano jest ze skórą, a ta skóra niestety z łuskami. Żuję i żuję te łuski, i myślę, co zrobić: wypluć nie wypada, do łazienki wyjść też źle, bo zakłócę występ magika, a ślina niestety nie potrafiła zmiękczyć tej nieszczęsnej skóry. Boże, każdy na talerzu zostawił skórę, tylko ja nieokrzesana jak zwierzę rzuciłam się na tę przystawkę. Jestem taką wieśniarą! Dobra, połykam! Trzy, czt-ery! Weszło. Zapijam winem. Coraz bardziej podoba mi się ten magik. Jakiś stolik unosi siłą swojej sugestii. To naprawdę jest fajne. Jednak to nie jest spektakl dla dzieci. Wystarczy być normalnym, albo jak ja – wystarczająco odurzonym. Ooo, koniec. Ulka uśmiecha się:

– Lecę do łazienki. Zaraz podadzą jedzenie na szwedzki stół, już możesz nam zająć kolejkę.

Ona też wie co znaczy pośpiech do dzieci. Kuźwa, już prawie ósma! Piszę do mamy Lenki i mamy Niny stojąc w kolejce do jedzenia, czy mogę być jednak dopiero koło dwudziestej pierwszej. Dobra, piszą, że spoko, ale wiadomo, wcale nie czuję, że spoko. Czuję żenadę, że muszę prosić o pomoc, podczas gdy ojciec dzieci ma to w dupie, co się teraz z nimi dzieje. Dałam znać też Felce, że mam poślizg, a ta od razu pisze: „Mamo, weź wracaj po mnie. Nie wypada tak późno, bo oni wszyscy chodzą szybko spać”. Piszę jej, że może sama chce wracać, bo jest starsza od Majki, ale ona się boi o takiej porze. No i ma rację, i z tym, że sama nie może, i z tym, że powinnam już wracać. Więc tyle z mojego spokoju i wyjścia na miasto. Dobra, zjem i wyjdę, co robić kurwa. O, kilka osób przede mną stoi moja dawna dyrektorka BARTu, z którą pracowałam przy koncertach. Moją najśmieszniejszą przygodą jaką z nią przeżyłam było to, gdy uratowała mój wizerunek na Top Trendach w Operze Leśnej, bo zauważyła, że zjechała mi spódnica do połowy dupy zanim zdążyłam wyjść na wpół naga do ludzi. Wszyscy organizatorzy zapamiętali za to pewnie moje gacie w biedroneczki. Jezu, to była dopiero żenada. Tyle że teraz chyba wolałabym te biedroneczki niż tę moją nagość pod dżinsami. Czy każdy ma takie same problemy z ubraniami? Nie widzi mnie, bo rozmawia z jakimś facetem. O jeny, to chyba właściciel restauracji, który kiedyś odpowiedział na moje desperackie ogłoszenie, gdy zgubiłam klucze mojej Felki z jej ukochanym misiowym breloczkiem. Zadzwonił, że je ma, i odebrałam je od niego z jego tawerny. Stwierdziłam, że muszę się przywitać z nimi. W końcu skoro wyszłam do ludzi, to może powinnam z jakimiś chociaż słowo zamienić.

– Dzień dobry! – uprzejmie zawołałam do obojga i podeszłam do nich, tłumacząc osobie przede mną, żeby się nie martwiła, że jej nie wyprzedzam, i zaraz wrócę. Zwróciłam się od razu do faceta, żeby rozjaśnić mu skąd mnie zna:

– Kiedyś Pan znalazł moje klucze – uśmiecham się do niego, ale widzę znaki zapytania na jego twarzy – Pan jest z Tawerny Rybaki, byłam odebrać kiedyś moje klucze od Pana.

– Bardzo bym chciał oddać Pani klucze, ale obawiam się, że to nie ja.

Dyrektorka BARTu nieśmiało wyjaśniła:

– To jest Sekretarz Miasta, Pan Wojciech Zemła.

Zatkało mnie. Kurwa, znowu pokazałam się z najlepszej mojej strony, no ja pierdolę. Ale wino w mojej krwi dało znać, że to nie jest najgorsza przygoda życia, tylko raczej ta z tych wesołych. Czułam jak bardzo jest to głupia sytuacja, jednak nie wytrzymałam i wybuchłam śmiechem:

– A ja Panu chciałam już zacząć wmawiać, że jest Pan właścicielem tawerny, hahaha. Przepraszam ogromnie. Kojarzę Pana bardzo dobrze, tylko pomyliło mi się wszystko całkiem – dobra, Julka, już nic nie mów, uspokajam się. Ten facet nie wie, że jestem z tych, którzy się nigdy nie poddają, i naprawdę jakbym  się teraz nie powstrzymała, to zrobiłabym wszystko by przestał wierzyć w swoją prawdziwą tożsamość, i znalazłabym  dowody na to, kim jest w świecie moich myśli, i straciłby pewność co do swoich przekonań. Jestem pewna, że dałabym radę go przekonwertować na nowy tok patrzenia na własne życie. Ale odpuszczam, nie mogę wszędzie pokazywać, jak bardzo jestem szalona.

– Nic się nie stało. Naprawdę jakbym mógł, to bym Pani pomógł z tymi kluczami – wybrnął grzecznie sekretarz i zajął się nakładaniem podanych wreszcie dań na talerz. O Boże, jak dobrze, Ulka idzie, cofam się z nią w moje miejsce.

– Och, Ulka jakie faux pas zrobiłam, ja pierdolę, nie pozwól już mi się do nikogo tutaj odzywać, błagam – opowiedziałam jej historię w czasie nakładania pierogów, bigosu, i innych specjałów. Uśmiała się na całego, a gdy znów ten sekretarz przechodził obok i się uśmiechnął miło ukazując, że naprawdę nic się nie stało, postanowiłam udawać, że niby się nie przejmuję zaistniałą sytuacją.

– Ulka, to jest ten właściciel Tawerny Rybaki – powiedziałam ze śmiechem. Sekretarz zaśmiał się razem z nami. Co to by było, gdyby nie miał poczucia humoru? Wtedy chyba nie wypadałoby mi już w takich miejscach bywać.

Wróciłyśmy szybko do stołu, zjadłyśmy szybko, i porozmawiałyśmy tak samo szybko o tym, jak żyć, gdy wszystko robi się tak szybko, że na nic nie ma czasu, szczególnie na siebie.

Wybiegłam zaraz do szatni,  Ulka została jeszcze na deser, ja już nie chciałam zwlekać z odbieraniem moich lasek. Zmieniłam buty w szatni na te, w których da się biegać. Wtedy przypomniał mi się ten elegancki pan, który widział jak zmieniałam buty przed wejściem do Sheratonu. To chyba był właśnie ten sam sekretarz. Dobra, ale o to, to ja już go nie spytam. Pewnie znów by była wtopa. Lecę po moje dziewczyny. Nienasycona ludźmi, pijana po niby małej, a jak dla mnie wielkiej ilości alkoholu, skompromitowana, zażenowana, mimo że niby śmiałam się z całej tej sytuacji, to tak naprawdę chciało mi się płakać. Na moją twarz padał delikatnie śnieg, roztapiając moje emocje złości na exa, rozczarowania i smutku, że nie mogę nigdy nacieszyć się żadnymi imprezami. Tak bardzo tęsknię za ludźmi, a coraz trudniej przychodzi mi umiejętność rozmowy z nimi. Słowa wyrywają się ze mnie szybciej niż myśli. Nie nadaję się nawet do ludzi, więc muszę przestać ich pragnąć.

Czy kiedyś będę mogła wyjść na imprezę bez pośpiechu? I to tak jak normalny człowiek – w majtkach, a nawet w podkoszulku i w biżuterii? Z pomalowanymi paznokciami nie na klatce schodowej, tylko w świętym spokoju. I bez poczucia winy w stosunku do moich dzieci, oraz do ludzi, którzy się nimi opiekują?

I czy kiedykolwiek ktokolwiek by się przejmował, gdyby pomylił mnie z kimś innym? Czy na zawsze pozostanę tylko taką every fucking mother, tą co czasem zapomina zdjąć stringi z włosów, i lata z nimi po Monte Cassino, po tym,  gdy używa ich zamiast gumki pod prysznicem, bo nie chce tracić czasu na szukanie jej po domu, a kiedy indziej zapomina przyodziać je na dupę? Serio pytam sama siebie. Bo to wcale nie jest śmieszne żyć w takiej komedii pomyłek spowodowanej ciągłym brakiem czasu. Ciągłym brakiem życia w życiu…

Photo by Tony Ross on Unsplash

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.