Na grobie mojego ojca otrzymuję więcej odpowiedzi od niego niż od Ciebie. Mimo że żyjesz, to pozorujesz swoje zniknięcie. Myśląc, że tak jest mi lżej. Czy może być łatwiej, gdy ktoś kogoś kochasz zamienia się w kamień? I nie, nie nabiorę się, że ciebie już nie ma, bo czuję cię w zapachu zachodniego wiatru i widzę twoje odbicie w każdej kałuży, przez które tak często skakaliśmy.
Dobrze, że mam teraz chociaż łatwo odwiedzać tatę, bo wcześniej było podobnie jak z tobą. Że chciałam być obok niego na zawsze, a on chciał tylko wiedzieć, czy sobie radzę bez niego. Mimo że nigdy mnie przecież tego nie nauczył. (…)
Na grobie taty czuję się trochę tak jakby był obok. Jakby służył mi radą, ramieniem, wzorami na tangens, cotangens i na inne problemy. Bo umiem skonstruować ciągi jego rozważań z tego, co nieraz od niego słyszałam. I składam to w nową całość. I słyszę jego głos. I czuję czasem się nawet tak, jakby poklepywał mnie po plecach.
A ciebie staram się już o nic nie pytać, bo wiem, że nie chcesz już przecież ze mną rozmawiać. Nie lubię słyszeć ciszy, która mi po was została, chociaż są tak inne powody, dla jakich ją otrzymuję od was w odpowiedzi. Utrzymuję pozory dialogu z wami opowiadając wam bez pytań, na które już nie czekam, co u mnie, i jak trudno jest mi nosić samej zakupy dla mnie i moich dzieci na czwarte piętro samotności. Czasem już nie wytrzymujesz patrząc na moją żałość, i czuję się jakbyś mi odkrzykiwał, mimo że tylko przecież do mnie piszesz, i z pewnością usuwasz wykrzykniki ze swoich rad: „naucz się dbać o siebie!/poproś kogoś o pomoc!/bądź dzielna! „, tak jakbyś chciał właśnie, żebym ci nie sugerowała już więcej, że potrzebuję właśnie twojej pomocy, i pragnę twojej opieki, i na nikogo już nie liczę, bo każdy ma swoje życie daleko od mojego, i nikogo do mojego nie wpuszczę, tak jak wpuściłam ciebie. Bo ty tu tak bardzo pasowałeś. Do mojej kanapy. Do mojej narzuty. I nie zna mnie nikt tak jak znasz mnie ty. I nikomu się nie skarżę, tylko tobie, chociaż wiem dobrze, że masz już dość. Jednak nie mogę przestać, bo mam ochotę cię ukarać całkim jak kara kogoś małe dziecko, za to, że ktoś je zostawił gdy bawiło się w chowanego i berka. Bo zostawiłeś mnie samą z moimi tobołkami, których nie mam siły nosić.
Więc piszę ci o tym często, jak ciężko jest wciągać swoje ciężary na poziom własnego życia. Żebyś wiedział, że nie wolno się bawić ze wszystkimi w berka, bo nie każdy się zna na zabawie. Niektórzy, jak ja, śmiertelnie poważnie dobierają przyjaciół. Bawią się z kimś nie dla samej zabawy. Co podkreślam pisząc ci nadal o tym, jak starałam się ciągle znaleźć kogoś, kto będzie tak samo pasował do wystroju mojego wnętrza. A jednak nie mogę. Nikt nie przyciąga tak moich zmysłów swoimi barwami ani zapachem. Czego ty nie chcesz słuchać. Bo i tak to wiesz. Ale po prostu nie chcesz tego pamiętać. Tak jakbyś nie chciał pamiętać widoku zranionego psa, w którego wjechało auto, i do którego pierwszy poszedłeś udzielić mu pomocy. Ale nie miałeś siły go wziąć ze sobą. I musiałeś zostawić gdzieś przy ulicy licząc na to, że ktoś inny go uratuje. Lub że sam się wyliże. Z niektórych ran nie da się wylizać. Szczególnie jeśli się ma połamane kości.
Photo by Michael Starkie on Unsplash