Uwielbiam znaleźć w muzyce taki towar, którym lubię się odurzyć aż utraty tchu. Coś takiego, co mnie rzuci o fotel, czy podłogę i nie da wstać póki nie przeżyję tych emocji tkwiących gdzieś głęboko w niej. I wytarzać w tych emocjach, w które ta muzyka mnie wprowadzi. Tak, żeby czuć ich zapach długo na własnej skórze, i się nim sztachać jeszcze godzinami, dniami, miesiącami… I dać poznawać innym ten zapach. I sprawiać, by sami chcieli się w nim wytarzać, i pachnieć tymi samymi zwrotami, tymi samymi rymami, i tymi samymi dźwiękami. (…)
Tak było z kawałkiem „Puls” Jacka Lachowicza, z formacji L.A.S. Postanowiłam wleźć w jego leśne królestwo umysłu i odnaleźć w jego piosenkach, pozornie prostych, specjalnie wręcz wykorzystujących prymitywne zabiegi muzyczne, którymi Lachowicz nas zwodzi, że niby nie tak ważnych, bo zabawnych, mądrość. I to już nie tak zabawną. Muzyk stara się w prosty stosów wyrazić trudne treści, zaprosić do tańca do własnej melodii. I przy okazji odurzyć swoją poezją.
Kiedy zobaczyłam info o jego koncercie w klubie SPATiF w Sopocie, sprawdzając kawałek po kawałku z jego najnowszej płyty, przy tym ostatnim poczułam tak mi znany klimat o zapachu emocji samotności, lęku, niepewności. Najchętniej wszystkie jego kawałki zmieszałabym w tkwiącym w tym kawałku kolorze depresji, jaką namalował swoim ujęciem niby niewielu, ale tak znaczących ułożonych słów. Ten utwór tak celnie opowiada o pustce, jaka nam zostaje po kimś, kto odchodzi, że aż spojrzałam inaczej na pozostałe utwory, i zrozumiałam je na nowo. Już nie nabrałam się na ich pozorną prostotę, bo „Puls” pokazuje skarby, jakie kryje muzyka Lachowicza.
Warto przyjąć jego zaproszenie do tańca, bo to taniec w głąb siebie. Nasz puls rodzi się jak w grze komputerowe. Takie skojarzenia nasuwają dźwięki syntezatora, całkiem jakby ktoś grał w starą grę komputerową „Mario”. Może jesteśmy jakąś postacią z gry, która czasem traci życie, wierząc, że będzie miała szansę zagrać jeszcze raz. Albo i dwa, a może jeszcze więcej… Jakiś głos nas przywołuje, jakby jakiejś nimfy, całkiem jak w mitycznym świecie zaciąga nas w jakimś kierunku, żeby nas zwieść. Bo koniec końców każdy stanie kiedyś w pustym pokoju, w którym nas nikt już nie woła. A my wołając tracimy tylko głos…
Cała płyta przypomina płynięcie po powierzchni słów, udając że nie ma nic pod spodem. A jest. I jest to głębia piękna, choć i przerażająca swoim zakresem. Lachowicz udaje lekkość może z lęku przed ciężarem życia, jakby machał ręką na problemy, na trudy egzystencjalne. Tylko czasem ten facet przyznaje, że nie jest łatwo. Namawia nas wesoło, żeby się podpalić. Nie robi tego z szyderstwem, ani obojętnością, tylko z takim żartem egzystencjalnym świadczącym o jego dużym dystansie do życia. W piękny sposób przemyca pesymizm w swoim optymiźmie „W głowie wiatr szaleje, cicho łka…”. Lachowicz w tym zachęcającym do samospalenia kawałku biegnie ze swoimi myślami nadając ton piosenki zdecydowanie stworzonej do biegu. Jego kawałki pasują nie tylko do tańca, ale i do playlisty na bieganie. Nie są to bezmyślne zlepki przypadkowych słów, tylko słowa świadczące o kondycji ludzkiej, i o tym, że to my jako ludzie jesteśmy tak naprawdę przypadkowymi zlepkami egzystencjalnymi. Piosenkarz niby wesoło śpiewa jakby robił w podskokach, mimo że „idąc cofa się, i skacząc do góry, spada w dół”. I kto chwilę pomyśli, ten wie, że ciężko do tego wesołego śpiewania się śmiać. Jednak docenia on dar jaki niesie ze sobą samotność i poczucie wyobcowania. Jest nią wolność. Wolność to niedoceniona wartość samotności…
Mam wrażenie że Lachowicz podryguje sobie na brzegu możliwości rozstań, tego, czego ludzie boją się najbardziej, opuszczenia, utraty stabilności kroku, którą mamy zawsze przy tej drugiej osobie. Starając się tańczyć dalej jak nie z kimś to solo. Jak nie w duecie, i bez świadków, to sam na sam. W pustym pokoju, w którym nie chce czuć tej dokonującej zniszczenia całego domu, pustki. Zaśmiewa się więc on z niej udaje że jej nie widzi, tańczy do tego co pamięta. I wierzy, że jak nie w tym życiu to w kolejnym będzie mógł próbować się odnaleźć. Jednak nie ma tam mimo wszystko optymizmu, bo i kolejne życie to dla niego kolejna porażka, jakby wszystko miało się powtarzać. Bo „wszystko to stara płyta, która się ciągle powtarza”. A my jesteśmy tylko jak kolejny bohaterowie komputerowej gry, którzy jak padną, to dostaną kolejna szansę. Ale i tak z pewnością ja zniweczą. Więc pozostało nam tańczyć, kręcić się i wołać, nawet jeśli nikt nam nie odpowie. Nawet jeśli nikogo tam nie ma kto nami steruje, chociaż ciągle wierzymy że ktoś jest. Pozostaje nam wierzyć, że może nasz los się powtórzy by znów moc powtarzać te same błędy. By znów moc przeżywać te same wzloty i niechybne upadki…
Projekt L.A.S. to jakby poezja śpiewana wrzucona w nowoczesność poprzez elektronikę rozgrywająca się w rockowym stylu. L.A.S. to poezja poprockowa. Nowy styl w starym brzmieniu. Taniec w grze komputerowej, w której ciągle uciekamy przed śmiercią. Mając nadzieję na kolejne podobnie trudne do przejścia do każdego kolejnego etapu życie.
Jacek Lachowicz dotyka problemu z dostosowywaniem się do społeczeństwa, i jakby jego prosta melodia jest wynikiem chęci do bycia zrozumianym, stąd pochyla się do ludzi, tak by wpaść im w ucho. I mimo prostoty sformułowań, zadaje on trudne pytania o sens.
Motywem jego ostatniej płyty jest ogień: rozpalania się, podpalania, wypalania. Ogień to symbol człowieka, który raz ma cel i chęć działania, pali się do czegoś, a jeśli nie ma już w sobie ognia, może się podpalić, oddać innym swój zapał, swoje ciepło, rozpalając innych lub marnując swoje źródło ciepła na innych, którzy tego nie docenią. Piosenkarz dotyka też problemu naszej planety, która zmierza do zagłady i ogólnego poczucia zagrożenia.
Jeśli ktoś ma ochotę potańczyć nad naszymi problemami, i poudawać, że są śmieszne, a tak naprawdę zjednoczyć się w tym samym dojmującym poczuciu zmierzania do pustki, to koncerty w Olsztynie, Sopocie, Darłowie i Gorzowie Wielkopolskim już za miesiąc!