Impresje na temat spektaklu „Melancolia” Sopockiego Teatru Tańca

FOT. Andrzej Ro​la
MOJE IMPRESJE NA TEMAT SPEKTAKLU „MELANCOLIA” W SOPOCKIM TEATRZE TAŃCA
Melancholia jest tematem podejmowanym od wieków przez różnych artystów. Mimo że jest znana każdemu, to jednak kojarzy się z czymś anachronicznym, nieprzystającym do dzisiejszych, wyzbytych sentymentów czasów. Prawie każdy się styka z melancholią, ale większość wstydzi się tego stanu, kwalifikując go do stanu poniżającego, związanego z przyznaniem się do bycia słabszym… A jak wiadomo, dzisiaj przyznawać się do słabości to oznaka głupoty.
Stan melancholijny jest nieodłączną cechą artystycznego namysłu nad rzeczywistością. I jako taki, mimo całego pokładu smutku i rozpaczy, jest piękny. Melancholia zajmuje umysły, które zastanawiają nad sensem istnienia. To co możemy robić, by nadać sens naszej bezsensownej egzystencji (bo zmierzającej znikąd donikąd), to wyeksponowanie jej piękna przez sztukę: czy to w wymiarze plastycznym, czy muzycznym, czy literackim, czy też przez taniec. Nie ma w każdym razie wątpliwości, że MELANCHOLIA JEST PIĘKNA.
Zadania wydobycia tego piękna podjął się Jacenty Krawczyk reżyserując Melencolia Sopockiego Teatru Tańca​
Zainspirowała go renesansowa rycina autorstwa Albrechta Dürera, „Melancolia I” przedstawiająca symbole mówiące o melancholii – symbole wywołujące ją, jak i jej towarzyszące. Te symbole reżyser Teatru Tańca wkomponował nie tylko w scenerię, ale też w charakterystykę tancerzy, komponując je razem z poszerzającą teatralny obraz, wizualizacją autorstwa Łukasza Borosa i z nadającą klimat smutku zmieszanego z grozą, muzyką Mariusza Noskowiaka, która pobudziła nie tylko mój zmysł słuchu od samego początku spektaklu przenosząc mnie w stan niepokoju, i wynikającego z tego stanu strachu, ale, o dziwo!, także mój zmysł wzroku jakby ogarniając tą swoją ciemnością dźwięków. Na tym spektaklu tak bardzo współgrała muzyka z obrazem, myląc i mieszając zmysły, czy też może inaczej to ujmując: łącząc zmysły na styku granic swojego wyrazu.
Taniec aktorów na scenie, wywołał we mnie zachwyt od samego początku. Nie było tu miejsca na nudę, na jakieś przydługie wprowadzenia. Akcja wciąga i okiełznuje widza na tyle, że bez mrugnięcia okiem znajduje się on na końcu scenicznej opowieści z pewnego rodzaju dziecięcym niedosytem niedokończonej historii, choć z dojrzałą świadomością, że tej historii o ciągłym poszukiwaniu sensu życia, nie da się przecież do końca opowiedzieć. Ona się bowiem opiera na wielu retorycznych pytaniach, na wielu domysłach, na wielorakich możliwościach odpowiedzi, i na poddaniu się życiu, które niestety wiąże się ze śmiercią. O której wiemy na tyle nie wiele, że pozostaje nam się jej bać.
Przedstawione na scenie ludzkie relacje, jakby zakłócane przez wizualizacje i muzykę, wywołują ciągły strach i niepokój. Niekiedy ruchy aktorów są nerwowe, w pewnym momencie palce aktorów scenicznych ruszają się szybko, tak jakby zamieniły się w robaki, co pokazuje nam obcość naszych własnych ciał, wrogich nawet nam samym.
Głównym rekwizytem scenicznym przewijającym się od początku do końca przedstawienia, była ogromnych wymiarów klepsydra, wraz z którą, jak na osi czasu, przewijają się sceny teatralne. Często rzucającym się nam w oczy symbolem związanym z melancholią jest trójkąt – rzutowany świetlnie na scenę, a także często prezentowany przez aktorów z układu własnych dłoni. Trójkąt ten symbolizuje Boga, o którego wiecznie pytamy, nie znajdując  nigdy pełnej odpowiedzi. Symbolizuje też on harmonię świata, która opiera na ciągłym przychodzeniu i odchodzeniu. Co dla człowieka jest bolesne w sposób nadzwyczajny, dla natury jest obojętnie zwyczajne.
Myśli o niemożliwości wyjścia z naszej złej egzystencjalnie sytuacji, sytuacji bez wyjścia, zawsze nas nachodzą gdy otwieramy swą wrażliwość na innych. Coś przed czym się wzbraniamy jak przystało na nowoczesnego, nieczułego, twardego, i pewnego siebie cyborga. Tylko ta niemoc w końcu każdego z nas dopadnie. Czarna siła rozłoży nawet najtwardsze bydlę… Tutaj symbolem tej zniewalającej, złej siły jest tancerka – Kamila Maik, która w duecie z Arturem Gołdysem wykazała kunszt tańca i niesamowitych umiejętności ruchowych. Ich piękny taniec symbolizował próbę odrzucenia złego czegoś, co nas zniewala i obezwładnia, jednak przyczepia się z każdej strony, i nie daje się oderwać, i w końcu powala nawet najsilniejsze stworzenie. Jej uczepienie się jakby miłosne, jest tak naprawdę morderczym wysysaniem soków życiowych. Kamila Maik ma tego typu osobowość, która nigdy moim zdaniem nie da się skategoryzować w kategoriach zła: jest na tyle urocza, że nawet ta rola nie zmieniła faktu, że się ją lubi do końca. Mimo, że mamy świadomość zła jakie za sobą niesie, jest na tyle piękna, że jej nie umiemy znienawidzić. Dla mnie stała się ona najwyrazistszym symbolem melancholii tego spektaklu: jako  obezwładniająca, nie poddająca się, ciągle nas goniąca, a przy tym niezmiernie piękna, i przyciągająca nasze zmysły, wciągająca nas w swoją emocjonalną otchłań. A figury, które zaprezentowała ze swojego ciała, zasługują na chapeau bas.

Piękne, aczkolwiek całkiem inne: Magdalena Laudańska i Aleksandra Foltman, zaprezentowały przeciwstawne sobie koncepcyjnie postaci. Jedna jasna, jak nadzieja na lepszy los człowieka, i druga ciemna, wciągająca jak w otchłań beznadziei ludzkiej egzystencji; triumfatorka swej czeluści mocy. Zagrały cudowną scenę, podczas której patrzyły na siebie jak w lustro badając się, i próbując zrozumieć, będąc w tym do siebie podobne, choć tak inne.

Postacią, która godziła pragnienie osiągnięcia szczęścia, do którego nie da się nigdy do końca dojść, i świadomość egzystencjalnej beznadziei, której nigdy tak do końca nie można utożsamiać jednoznacznie z życiem, bo ono składa się zarówno z jasnych, jak i ciemnych stron; jest jak zawsze wyśmienita w swoich występach Joanna Czajkowska, której taniec przywodzi na myśl rysunki zakreślane cyrklem: precyzyjne i koliste. A cyrkiel symbolizuje Absolut. I przywodzi na myśl horyzont, który jako taki jest zakreślony w celu nadania harmonii obrazom, które postrzegamy w naszym życiu. Uzupełnieniem harmonii jest sprawiedliwość, którą tutaj zapewnia postać symbolizująca wagę, w którą wcielił się sam reżyser spektaklu. To dzięki sprawiedliwemu podziałowi na to co dobre i złe, zachowana jest równowaga życiowa, która choć nam się wydaje pozornie niesprawiedliwa, bo dawanie tego życia niestety wiąże się też z jego odbiorem, to przy okazji daje ona nam tę melancholijną możliwość namysłu i refleksji, i innego rodzaju, nie hedonistycznej radości z życia, ale mądrej akceptacji stanu rzeczy. Stanu chwilowego, którego ciągła zmienność tak naprawdę zapewnia jego ciągłość. Bo w ciągłej zmienności rzeczy zachowana jest ich ciągłość trwania…
Wiecznie powtarzamy jakieś schematy, jakieś koła przeżyć, ciągle się rodzimy i umieramy, ciągle od czegoś uciekamy, i jesteśmy przez to dościgani. Ciągle jesteśmy zawieszeni w tym obrazie w bliższej lub dalszej perspektywie. Nasz obraz nakłada się na kolejny. Jak kalka powtarzamy poprzednie przyjścia i odejścia. I możemy nad tym albo rozpaczać, albo się z tym pogodzić.
Stan, w którym nie umiemy odnaleźć radości; stan zagubienia w chaosie rzeczy/wyzwań/zadań, w którym jesteśmy zagubieni w jego beznadziei, odbiera nam siły na walkę. Refleksyjnie obserwujemy ciągnącą nas w otchłań rzeczywistość. Umiejętność refleksji nad znajdowaniem się w jego głębi jest właściwa artystom, którzy nie radzą sobie z obezwładniającym stanem melancholii. Wnioskiem płynącym z ostatniej sceny przedstawienia jest myśl egzystencjalna, że i tak wszyscy umrzemy. I tak pozostanie po nas tylko ciemność…
Podejrzewa się, że autor ryciny „Melancholia I”, stworzył ją pod wpływem przeżyć związanych ze śmiercią matki. Jacek Krawczyk, chcąc nie chcąc, nasunął mi podobne odczucia. Mówi on o stanie obezwładniającej nas melancholii, której zaznaje każdy z nas w najboleśniejszym momencie życia: odejścia matki. Bo to odejście sprawia, że stajemy się sierotami. A świadomość bycia sierotą jest najsmutniejszym doznaniem człowieka, bo odbiera nam sens naszego powstania: odcina źródło naszego powstania.
Czy można to również przełożyć na odejście naszej Polski od Polaków, jej dzieci? Odpowiem na to pytanie, pytaniem. Ksiądz Józef Tishner zaliczył melancholię do kanonu wad polskich. Czy nie miał racji? Że my Polacy zawsze mamy do czynienia z melancholią, ciągle coś złego nad nami stoi i nas wprawia w stan zawieszenia głowy nad różnymi problemami? Że ciągle jesteśmy nad czymś zawieszeni Poza tym, sztuka jest zawsze wielowymiarowa i otwiera wiele możliwości skojarzeń. I w tym przypadku, ja akurat mam takie skojarzenie.
Ważne jest to by zachować nadzieję, że po każdej nocy przychodzi dzień. I świadomość, że chociaż czyjeś przyjście oznacza też odejście, to też każde odejście zakłada czyjeś przyjście. Trzeba tylko czasem poczekać. W tym melancholijnym zawieszeniu. I zawsze mieć nadzieję na światło w nawet najciemniejszym tunelu.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.