Budyniowa wolność

Photo by Becca Tarter on Unsplash
Pewnie niektórzy z Was znają to uczucie, które towarzyszy momentowi, gdy jesteście strasznie zmęczeni, i chcecie już iść spać, a Wasze dzieci jęczą, że jeszcze chcą BUDYŃ… Uczuciu temu towarzyszy obezwładniająca niechęć do działania zmieszana z przeczuciem katastrofy w razie nie spełnienia zachcianki. W takim momencie wiecie, że co byście nie zrobili, będzie źle. Powiecie, że NIE, bo IDZIEMY SPAĆ, by pokazać władzę i mądrość życiową, w wyrażeniu przekonania, że są pewne pory, w jakich już się nie jada budyniu – to jęki się wzmogą, i sprawią, że podniesie się Wam ciśnienie, a senność odejdzie, po to, by następnego ranka zdać sobie sprawę, że kolejny dzień będziecie niewyspani. Wtedy pewne jest, że gdy powtórzy się sytuacja budyniowa, to zrobicie ten deser nawet w ilościach hurtowych, oby tylko osiągnąć względny spokój poprzez zaspokojenie wyimaginowanych potrzeb potomstwa. I obiecacie sobie wtedy, że to nieopaczne niepodleganie dziecięcym zachciankom było jednorazowe… Że wolicie oddać władzę na rzecz panującej ciszy kojącej nerwy małolatów, a wraz z nimi starszolatów.
Dzieci postanowiły mi pomóc w moim gotowaniu, bo miały przypuszczenie, że to przyspieszy proces gotowości budyniu do jedzenia. Córka numer jeden koniecznie chciała wsypać sama proszek budyniowy do mleka. Podałam jej kubek z małą zawartością mleka, a ona dosypała zawartość torebki zamiast do niego, to do garnka w którym już się gotowało mleko. Syn w tym czasie postanowił nasypać cukier do tego mleka, więc wysypał pół torebki cukru obok garnka zanim ostatecznie trafił z dwiema łyżkami słodkiego dodatku do garnka. A córka numer dwa postanowiła mieszać ze mną budyń, którego formę ratowałam przez pomysł córki numer jeden, przez szybkie mieszanie z powtarzaną w myśli jak mantra myślą: „Oby się nie spaliło/oby się nie spaliło”. Tyle że ja jestem praworęczna, a ona lewo, więc nasze mieszanie nie należało do komfortowych, było wręcz  bym powiedziała: niemożliwe do uzyskania, ze względu na kolizyjność zakrętasów naszych rąk wiodących. Mimo niesprzyjających warunków okoliczności, budyń się udał… Rozdysponowany potomstwu zaspokoił ich wymogi dnia, pozostawiając mnie w błogim poczuciu, że udało mi się przeżyć kolejny dzień i bez większych szwanków móc się wreszcie położyć do łóżka z nadzieją, że lada świt nie zerwą mnie na równe nogi żądania moich możnowładnych.
Podleganie dzieciowym zachciankom wydaje się dobre jedynie z pozoru: w końcu oddana władza w ręce dzieci zostanie na trwałe utracona, a poczucie wolności oddalone o lata świetlne. Ja już znam tę odległość… Jest tu może śmiesznie i nigdy nudno, ale ta surrealistyczna rzeczywistość czasem przytłacza mnie swymi kształtami i barwami.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.