Nie podoba mi się dzisiejszy świat. W ogóle… Świat deadlinów, tytułów naukowych, świat banków, korporacji, i nas wszystkich trzymanych w tym systemie jak zakładników, podporządkowujących się systemowi by przetrwać, bądź wyłamujących się z niego (jak ja…), by poczuć jak się upada na czoło. I jak to jest przedstawiać się próbując coś załatwić i odpowiadając na pytanie: „gdzie pracujesz?”, „nigdzie”, bo przecież pracuję „z domu”. (…)
Dzisiejszy człowiek obarczony jest odpowiedzialnością tego, co znaczy społecznie jako pracownik. Sama czuję, jak mało znaczę dla ludzi, gdy nie przedstawiam się jako firma, jako znana marka, a jako jakaś tam osoba o nieznaczącym imieniu i nazwisku, albo co gorsza, o małoznaczącym, chociaż przez niektórych rozpoznawanym blogu. „Blogu jakby 'dżołku’ ” dla wielu. Blogu obśmiewającym stereotypy społeczne szczególnie te dotyczące Matek Polek. Pokazującym, że MATKA to też kobieta. Zarówno w domu, jak i w pracy, i na imprezie. Że MATKA też ma prawo pracować, gdzie chce, jak chce (tak samo w korpo, jak i w domu), odpoczywać (to rzadko dopuszczalna myśl), dbać o siebie, o swój wygląd, zdrowie fizyczne, chodzić na saunę, siłownię, basen, a jak ma ochotę wyjść czasem na miasto bez dzieci, czy wyjechać bez nich. Żeby poczuć, że nie jest zintegrowana ze swoimi dziećmi w taki sposób, by tylko im służyć, i tylko o ich wyjściach i wyjazdach myśleć. By nie być zależną ani od dzieci, ani od partnera, ani od nikogo na świecie. Być z kimś tylko jeśli tego kogoś kocha, a nie dlatego, że wpadła w jakiś układ, z którego ciężko wyjść, bo co powiedzą inni? Chrzanić co powiedzą inni! Zawsze jest najważniejsze co sami czujemy. I tak jak ja czułam po tym, gdy zostałam sama z trójką dzieci w domu, że jest mi za ciężko z myślą, że dzieciaki (w tym najmłodsze wtedy czteroletnie) są 10 godzin w przedszkolu i szkole, bo tyle zajmowała moja praca z dojazdami, a nikt poza mną nigdy ich nie zaprowadził, ani nie odebrał odkąd zostałam z nimi sama, to stwierdziłam: pierdolę system. Jestem od teraz tylko MATKĄ. Matką, kurva, Polką! I tak zawsze marzyłam o pisaniu i tworzeniu jakichś rzeczy, więc po co mam podlegać innym, skoro mogę to robić na swoje konto?
Codziennie sprawdzam ludzkie odczucia co do mojego wyboru… Czuję się jak biblijna Maria Magdalena przez tego mojego bloga. Każdego dnia się boję oberwać kamieniem. I to od różnych grup społecznych: a to od dewotek za to, że przeklinam (a ja naprawdę prawie nie przeklinam w życiu codziennym, ta Kurva w nazwie to zwykły środek stylistyczny wyrażający moje poczucie odtrącenia przez społeczeństwo i opaczne patrzenie na samotne matki), a to od nacjonalistów za to, że burzę obraz wspaniałej Matki Polki, a to od feministek za to, że wyrażałam ileś razy opinię, że nie jestem za stosowaniem nienawistnych sposobów wyrażania swojej równości z facetami, i byłam zupełnie przez nie niezrozumiana, podczas gdy przecież jak każdy normalny człowiek stoję na straży tak samo praw kobiet, jak i praw człowieka. I przede wszystkim za tym najważniejszym prawem KAŻDEGO DO BYCIA TRAKTOWANYM GODNIE.
Jeden zareaguje chichotem na moją nazwę, drugi się wzdrygnie, trzeci zignoruje, bo nie zauważy żadnej wartości w takiej Matce, Kurva, Polce. Męczę się z tym, by być traktowaną poważnie tylko przez to, że zostałam zastygmatyzowana jako jakaś rozwiązła pani domu, skoro w nazwie użyłam środkowego słowa, prawie jakbym użyła środkowego palca. Nie, nie jestem rozwiązła. Jestem jedynie słaba, a tym słowem staram się sobie dodać otuchy. Że skoro dla świata jestem niczym, to mówię temu światu: „Dziękuję, wysiadam. I pierdolę tę podróż po chuj wie jakie odznaki!”.
I pani domu też ze mnie słaba. Ale staram się pracować o własnych siłach, pod niczyją banderą, mimo że ileś lat sprawdzałam jak się pracuje w mniejszych, czy większych firmach. I może być spoko, ale jeśli mam jakiś autorski pomysł, to jednak muszę wyjść ze schematu podlegania innym, i sama go wdrażać. I widzę, jak po metce ludzie mnie oceniają. Jestem wdzięczna, gdy ktoś traktuje mnie poważnie nawet jeśli pojawiam się w sportowym stroju, bo uznaję, że dużo lepiej mi się biega i jeździ rowerem w celu załatwiania jakichś spraw, niż wozi autem, albo nosi szpilki. Kurczę, to takie słabe, że strój nie służy do tego, do czego powinien – czyli nie zdobi jedynie człowieka, jest gorzej: strój stanowi o pozycji w dzisiejszym świecie. Że naprawdę ludzie są tak krótkowzroczni, że nie widzą mądrości ani wartości ukrytej pod getrami albo dresem, a tylko pod żakietem i marynarką.
I nienawidzę tego, że jeśli się przedstawię jako absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego oraz dodam, że studiowałam również na Uniwersytecie Londyńskim, to ludziom się zapalają oczy. Jakby szukali nie tyle kogo mogą podziwiać, ale obok kogo mogą stanąć, żeby błyszczeć. I wtedy zdejmuję tę „świecącą szatę”. I mówię, że wybrałam jednak rolę Matki Kurva Polki. I wtedy odskakują jak oparzeni, o ile sami nie są takowymi matkami, zarobionymi w swoim poświęceniu dla dzieci, a jednak szukającymi swojej własnej drogi tak by móc się zarówno dziećmi zajmować, ale i pracować. Tak by nie stracić swojego macierzyństwa na pracowanie. Czego na przykład żałuje bardzo moja mama. I wiele innych mam i ojców z pokolenia X, zagonionych do pracy ze względu na przyświecające światu kapitalistyczne wartości. Żyjących dla pracy, a nie pracujących by jakoś żyć. I mam wrażenie, że moje pokolenie ludzi w średnim wieku, pokolenie Y to bardzo samotne pokolenie, bo to pokolenie dzieci zapracowanych rodziców, dzieci z kluczem u szyi, uczących się samotnie w domu czekając aż rodzice wrócą z pracy. Każdy z naszych rodziców jeśli nie był zapracowany, to był oznaczony jako mało znacząca osoba w świecie pracy. A ja zazdroszczę moim koleżankom, które miały mamy w domu, jak nie cały czas, to częściej niż ja. I dlatego odchodzę tak mocno od schematu osób robiącej karierę. Ale jak każdy człowiek chcę czuć swoją wartość, ale buduję ją w bardziej skomplikowany sposób, ale zgodny ze mną samą. Tak by być pod ręką dzieci, gdy mnie potrzebują. I by nie przeoczyć, jak uczą się chodzić, mówić, chodzić na pierwsze randki, i zdawać pierwsze egzaminy.
I uważam, że pokolenie Z jest mądre, że nie daje się zaganiać do pracy jak robili to nasi rodzice i my. Że ci młodzi ludzie widzą, że sens nie leży w pracy, bo praca ma pomagać żyć, ale nie zastępować życia. Że nie robią nadgodzin, na co narzekają dzisiejsi pracodawcy. A ja tym młodym biję brawo! Bo trzeba interesować się też sensem życia, mieć czas na siebie, dzieci, w ogóle rodzinę, przyjaciół. Na wdychanie powietrza, na spacery po łące i plaży. A nie wieczne gonienie czasu, i wpisywanie wszystkiego w grafik, nawet własnego lunchu.
Sama mam z tym wielki problem, by znaleźć złoty środek. Ale staram się nie dać zgnieść w systemie podlegając pracy. Praca ma odpowiadać mi, a nie ja pracy, czy pracodawcy. I życzę tego każdemu! W tych naszych zapracowanych czasach, w których nikt nie ma czasu pomyśleć nawet o czym innym niż praca… I cieszyć się tym, że mogę przytulać moje dzieci wtedy, kiedy tylko przyjdzie mi na to ochota. Bo nic na świecie nie jest tyle warte…
Artykuł odnosi się do tematu SAMOTNOŚCI PRACOHOLIKA, który będziemy poruszać 22 listopada 2024 r. w Teatrze BOTO w Sopociew ramach Dyskusji Bardzo Otwartych BEZ TABU. Więcej w linku: https://www.facebook.com/events/556219607080752
Photo by Jenna Christina on Unsplash
Jeden komentarz
Komentuje tutaj bo na Fb mam rodzinę i nie chce żeby widzieli.
Mimo że nie jestem matką ani mężatką to kuuurva rozumiem bardzo dobrze ten segment o korporacji i tym jakie to scierwo jest. Obecnie szukam pracy którą mogłabym robić z domu w 100% żebym nie musiała użerać się z tymi ludźmi i tym całym korpoświatkiem, bo kuurvicy idzie się nabawić. ja wprawdzie z pokolenia Millenialsów, ale też mam serdecznie dosyć tej pracy już, gonienie z terminami żeby tylko budzet się spinał :/
Sorki za takie osobiste przemyślenia, ale z moją własną rodziną nie da się rozmawiać na te tematy, rodzice są właśnie z pokolenia Boomersów, ktrórzy nie rozumieją czegoś takiego jak 'wypalenie zawodowe’ :/
Pozdrawiam cieplutko.