„Jesteśmy na zawsze zagubieni na pustyni wieczności…” – ManRay (felieton ze spektaklu Sopockiego Teatru Tańca)

manRay

Sopocki Teatr Tańca zaprezentował na początku grudnia na sopockiej scenie coś w rodzaju dadaistycznego performancu, zachwycając nas swoimi pomysłami wizualnymi prezentowanymi na przedmiotach i ciałach aktorów – „manRay. Barbarzyńca.” Głównego bohatera grał reżyser spektaklu – Jacenty Krawczyk, w otoczeniu tancerek teatru tańca – Joanny Czajkowskiej, Asi Nadrowskiej i Aleksandry Foltman – które wcieliły się w muzy artysty, jego kochanki, które odegrały ważną rolę w twórczości tytułowego bohatera. (…) 

Man Ray to pseudonim dadaistycznego artysty (Emmanuela Rudnitzkiego) – fotografa, malarza, reżysera filmowego, który wywarł wielki wpływ na sztukę, zapoczątkowując też bardzo ważny dla sztuki surrealizm.

Man Ray zasłynął z tego, że wprowadził nowe techniki fotograficzne, poszerzając fotografię o elementy prześwietlenia i tak zwane reyografy – czyli dodawanie grafiki już na wywołanych zdjęciach, a także celowe prześwietlanie ich. Dadaizm przesunął granice sztuki i umożliwił artystom swobodę wypowiedzi. Nagle to, co wydawało się dotąd nie artystyczne, barbarzyńskie, nabrało formę artystyczną. Dadaizm odszedł od tradycyjnie pojmowanej sztuki i estetyki, za dzieła uznając przedmioty codziennego użytku i wytwory przypadku. Był rodzajem wpuszczenia świeżego powietrza do zastanych schematów, prowokacją wobec zastanego świata. Ten ruch artystyczny był wyrazem protestu wobec bezsensu okrucieństwa pierwszej wojny światowej.

Nasze czasy też są trudne. Przeżywamy teraz bowiem coś w rodzaju wojny – wojny z wirusem. I nie wiem, czy świadomie, czy podświadomie, Jacenty Krawczyk wpasował swój spektakl z surrealistyczną ekspresją, do naszej przerażającej rzeczywistości, w idealnym momencie – teraz, gdy właśnie potrzebujemy oderwania od niej, gdy pragniemy przenieść się w wymiar snu, chociażby w teatrze, by chwilę podryfować w wymiarze nierzeczywistym, odrywając się myślami od lęku, jaki nas otacza w prawdziwym życiu.

Sztuka dadaistyczna była tworzona tak, by być niezrozumiana, i z tego niezrozumienia by wyciągać bardziej podświadomy sens. Ten trend w sztuce kompletnie odszedł od kanonów tradycyjnie pojmowanego piękna, i od wytycznych stawianych sztuce. Ten ruch był wyrazem chęci przedstawienia uczuć dotyczących wojny,  jakby w infantylny sposób. Sztuka miała połączyć się z tym, co w człowieku dziecięce i naiwne, głęboko ukryte, żeby ukryć się w ten sposób przed światem jaki stworzyli sobie dorośli – światem wojny i cierpienia. Dadaiści wracają jakby do źródeł, do pierwszych odruchów, do przypadkowości i wypadkowej z tego, co się wydarza w zetknięciu z przedmiotami. Dada był stanem umysłu, wyrazem sprzeciwu wobec świata, tak samo wobec wojny, jak i w ogóle wobec zasad, a nawet muzeów, wobec wszelkich wytycznych dotyczących zastanego świata i materializmu. Było poszukiwaniem podświadomości pod powłoką masek, które nakładamy odruchowo jako istoty społeczne, które muszą zawsze grać jakąś rolę w społeczeństwie, i odpowiednio ja prezentować.

W dadaiźmie liczyła się idea, a  nie sam przedmiot. Coś, co wydawałoby się nie związane ze sztuką, zyskiwało tę rangę tylko przez sam pomysł artysty, jego spojrzenie i ukazanie swojego punktu widzenia w odpowiedni sposób. Man Ray poprzez odpowiednie oświetlenie i wizualizacje, oraz poprawki naniesione na zdjęcia już po ich wywołaniu, dopiero coś tworzył. Dadaizm wydobywa artystyczne walory z tego, co bez człowieka pozostałoby tylko przedmiotem. Nawet ciało kobiety potrafi być tylko przedmiotowo ujmowane, jeśli patrzy się na nie w nieodpowiedni sposób – nie artystyczny. Man Ray, jak ukazuje to Jacenty Krawczyk na swojej scenie, zachwyca się tym ciałem, kontempluje jego piękno, znajduje sens w samym estetycznym wymiarze, nie praktycznym tylko z pozorów. Bo zauważanie piękna niesie ze sobą jednak i ten praktyczny wymiar: oswobodzenie się z lęków, i przeniesienie wyobraźni na wyższy, uwznioślający nas poziom, ponad podziały, ponad wojny, ponad schematy, ponad choroby, ponad czas, ponad przestrzeń.

Spektakl „ManRay. Barbarzyńca” ukazał nowy sposób patrzenia nie tylko na malarstwo, film i fotografię, którymi zajmował się tytułowy bohater, ale też na taniec. Nagle taniec stał się ekspresją tego, co wydaje się nie ujmowalne ruchem: malarstwa. Bardzo ważną rolę odgrywał już nie tyle sam taniec, co ruch jako ruchomy obraz, pozy, które przypominały pozowanie do zdjęć lub do obrazu. A także, co ważne w malarstwie, ważną rolą w odpowiednim ujęciu tych póz grało światło (Mateusz Giers), a także wizualizacje (Katarzyna Turowska), i połączenie ciał z ekranem odpowiednio zasłaniającym nagość, eksponując ją w odpowiednio estetyczny sposób, zanurzając erotykę w przedstawianym pięknie ciał.

Przedstawienie opowiadało o wpływie kochanek na artystę, o różnych etapach twórczości, uzależnionych od tego, z kim artysta akurat się wiązał, kogo kochał, kim się fascynował. O wpływie kobiet, uczuć, emocji, na sposoby wyrazu, nawet najbardziej absurdalnego wymiaru. Ważną rolę w przedstawieniu odgrywały maski, którymi aktorzy często zasłaniali twarz, albo stawiali je obok nich, jakby zaznaczając, że wszystko co robimy jest przedstawieniem czegoś. Że nasz ludzki sposób wyrazu, to zawsze kreacja. Wszyscy kryjemy się za maskami, i to my je malujemy, i nadajemy im miny. Bo wszyscy jesteśmy swoimi własnymi kreacjami. Wszyscy jesteśmy artystami.

Piękną sceną było ukazanie roznegliżowanej muzy artysty (w roli Kiki Joanna Czajkowska) z namalowanymi liniami przypominającymi otwory rezonansowe skrzypiec, jakby ciało kobiety przypominało przedmiot muzyczny, zamieniając się jakby z człowieka w przedmiot służący sztuce. Albo gdy tancerki – Asia Nadrowska i Aleksandra Foltman, tworzyły wzory własnymi nogami w powietrzu. Tego typu sceny miały charakter surrealistyczny, wysnute były jakby z marzeń sennych. Jacenty Krawczyk pięknie wplótł w teatr tańca surrealizm. Taniec był tutaj nie celem, a środkiem do wyrazu tego co celem było: ukazania piękna w absurdzie, dostrzeżenia piękna, tam gdzie normalnie byłoby nie dostrzeżone, wydobycie kształtów z nieistniejącej przestrzeni, zasłonięcie ciał materiałem, i wbudowanie w to wizualizacji, podkreślających przedstawienie i zwracających uwagę na to, co bez nich pozostałoby zwykłym przedmiotem – ciałem lub materiałem. Charakter przedstawienia podkreślała piękna neoklasyczna, operowa i  minimalistyczna muzyka autorstwa Mariusza Noskowiaka, zgrana z obrazami, podkreślająca zmysłowość scenerii i odpowiednio współgrająca z nastrojem prezentowanym na scenie, zbudowanym nie tylko przez aktorów, ale właśnie przez światło i wizualizacje.

W zaprezentowanym na scenie video art, miałam wrażenie, że oglądam przede wszystkim  taniec dłoni aktorów. Przyjmowały wdzięczne pozy, fruwały, wznosiły się i opadały, jakby coś ciągle tworzyły. Zakładały też maski aktorom. Wskazywały, ciągnęły gdzieś, pokazywały kierunek, do jakiego dążą. Tak jakby to one decydowały za nas, a nie nasz rozum o tym co robimy. Czasem warto pozwolić przemówić dłoniom. One potrafią pięknie mówić, i malować nam wskazówki. Dzięki dłoniom mam wrażenie, że uzyskaliśmy też efekt pantonimy, a stop klatki przywoływały nam skojarzenia z fotografią, którą Man Ray zamienił w malarstwo, łącząc jej elementy z ustawianiem światła, tworzeniem wizualizacji na ciałach modelek, zamieniając proces fotograficzny w długi proces twórczy, podkreślając rolę pracy nad nawet pozornie zwykłym przedmiotem.

Jacenty Krawczyk pięknie namalował nam taniec, unieruchomił go jakby na obrazach, w jakie zamienił swoje tancerki. Zetknął formę ruchomą ze stałą za pomocą swojego tańca i trzech występujących aktorek. I zamienił taniec w fotografię. Gdzie klatka po klatce oglądaliśmy tak jakby zdjęcia, które zamieniły się w film zagrany na teatralnej scenie. Po tym spektaklu pozostaje wiele zdjęć w pamięci. Zyskujemy też dystans do zagrażającej nas na zewnątrz rzeczywistości. I zadajemy sobie pytanie: czy odchodzenie od schematów jest rzeczywiście barbarzyństwem? Czy jednak Man Ray nie był barbarzyńcą, a właśnie tak jak każdy, kto zmienia zastaną rzeczywistość na lepszą, kimś w rodzaju czarodzieja? Dziś wszyscy pragniemy czarów, by chociaż przez chwilę przenieść się w inny wymiar, gdzieś ponad pandemiczną rzeczywistość. Bo, jak głosi napis wyświetlony w czasie spektaklu z filmu „Rozgwiazda”: „Nous sommes a jamais, perdus dans le desert de l’eternebre…” (co znaczy: „Jesteśmy na zawsze zagubieni na pustyni wieczności…”). A nikt nie lubi czuć się zagubiony.

fot. Krzysztof Bzdeń

 

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.