Mieszam kawę z antydepresantami.
Pobudzenie ze zmęczeniem.
Chęć życia z potrzebą spokoju.
Tańczenia z chęcią odpoczynku.
Śpiewania z pragnieniem ciszy.
Biegania z chęcią leżenia (…)
Mieszam kawę z antydepresantami.
Pobudzenie ze zmęczeniem.
Chęć życia z potrzebą spokoju.
Tańczenia z chęcią odpoczynku.
Śpiewania z pragnieniem ciszy.
Biegania z chęcią leżenia (…)
– Marcel, wiesz, że komputery żyją dłużej, jeśli się je wyłącza, i daje im odpocząć?
– Tak, tak. Na pewno mamo. A od kiedy to komputery chcą żyć?! Hmm?
– One może nie chcą, bo są tylko przedmiotami w naszych rękach. Ale to my chcemy, żeby one żyły. Bo przecież chcemy z nich korzystać. A korzystać z czegoś można jeśli się to robi tylko w dobry sposób. Jeśli nie rozumiemy ich wartości, to nie powinniśmy z nich korzystać… (…)
Napisałam taką tam niby recenzję tomiku wierszy o pewnej matce posiadającej niepełnosprawne dziecko. Wierszy otwierających oczy na problemy z jakimi musi się każda taka matka borykać. Historii ułożonej w wiersze, bo tak jakby brakuje czasem oddechu w tym, co jest tu opowiadane, i opowieść przelewa się z jednej linijki do drugiej. A tak naprawdę to proza. Najsmutniejsza proza życia.
Nie sądziłam, że reportaż można ująć wierszem. Jednak są takie tematy, z tych delikatnych, z tych poruszających najgłębsze zakątki duszy, których nawet nie wypada opisywać słowem prozatorskim. Za bardzo zbliżonym do tego urzędowego, zbyt obcesowo się z człowiekiem obchodzącym. Bo są ludzie, którzy zasługują tylko na wiersze. A nie na listy bolesne ze szkół, z GOPS-u, czy z innych urzędów. Te osoby zasługują na dotyk słowem, a nie na pchnięcia nimi, ponaglenia, upomnienia, odrzucenia. Na czułe przytulenie, i empatię, a nie dystans i chłód. Na spojrzenie, a nie na jego uchylanie. Na usiedzenie obok, a nie z daleka. Na zapytania, nie oskarżycielskie, a nastawione przyjaźnie. I na wysłuchanie, a nie na przerywanie wypowiedzi bez jej zrozumienia (…)
Kiedy odchodził
nie wiedział o tym,
że wyrywa moje włosy
wplątane w jego ciało.
I że wyszarpał mi ramię z barku.
Tak kurczowo się go trzymałam…
Ciągle stoję w tym samym miejscu
wpatrując się w poruszone Twoim odejściem powietrze.
Czekając aż ktoś mnie pozbiera,
i poukłada z potłuczonych kawałków.
Włoży moje rozszarpane serce na miejsce.
I je rozrusza.
Żebym wreszcie odzyskała przerwany oddech.
„Jej rozpacz była krzykliwa, a krzyk rozpaczliwy. Po każdym cicho krzyczącym słowie łapała głośno i łapczywie oddech, jakby mogło go jej zabraknąć. Jakby miało się skończyć jej powietrze nie dając jej dokończyć połamanego w swej niepewności zdania. Pragnęła wypowiedzieć to co niewypowiedziane, a bolące, uwięzione gdzieś w klatce piersiowej pomiędzy drugim a trzecim żebrem. Tylko nie miała sił. Konała krztusząc się swoją niewypowiadalną prawdą. Niedokończonymi życzeniami spełnienia marzeń właściwych każdej kobiecie. Niedonoszonym do celu pragnieniem szczęścia. Spłukanym jej własną krwią i łzami. Niedonoszoną ciążą… „
(Fragment „Nieistniejącej Książki”)
Nie lubię przeklinać, kurwa. No naprawdę. Nie znoszę nawet. Tylko jeśli w życiu ciągle coś się pierdoli, i jeśli nic nie idzie tak jak trzeba, tylko wszystko się rozpitala po drodze, i widzisz, jak wiele osób robi cię w chuja, a już najgorzej, gdy tych, co w życiu myślałaś, że w chuja się nie zamienią – wtedy masz ochotę krzyknąć: „JA PIERDOLĘ! Pierdolę to wszystko! I mam wszystko W DUPIE!” Choć wcale niestety, kurwa, nie masz…
Wytarłeś swoje rany o mnie
tak jak wyciera się ciało po seksie
z potu
i ze spermy.
Znalazłeś we mnie zapomnienie,
nie dostrzegając jak jest nam dobrze.
Kawałek szedłeś ze mną za rękę,
bo tak się idzie przyjemniej,
i można dojść dalej,
niż samemu (…)
Resztkami sił
podpieram się o wspomnienia.
Nie umieraj we mnie!
Nie umieraj…
Żyj we mnie
resztkami.