Smakuj poziomki. Czyli „7 pieczęć” w Sopockim Teatrze Tańca – recenzja (felieton)

7 pieczęć

Pandemia zmusza nas wszystkich do egzystencjalnych rozmyślań. W Sopockim Teatrze Tańca odbyła się niedawno premiera spektaklu (20.02.2021) pod tytułem „7 pieczęć”, zainspirowanego filmem Ingmara Bergmana z 1957 roku. Jest to historia powrotu Rycerza Antoniusie Blocka (w którego rolę wcielił się Jacek Krawczyk) z giermkiem Jönsem – alter ego Rycerza (odgrywanym przez Aleksandrę Foltman), z wyprawy krzyżowej. Po Rycerza przybywa Śmierć (Grzegorz Sierzputowski – wcielenie bardzo bliskie wizerunkowo filmowej Śmierci). Ten wyzywa ją na szachowy pojedynek o własne życie i toczy partię w trakcie całej podróży do domu, próbując znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania dotyczące Boga i ludzkiej egzystencji. (…)

Historia toczy się w skażonej dżumą średniowiecznej Szwecji. Jej mieszkańcy gubią się pomiędzy surowymi praktykami religijnymi a chęcią nieskrępowanej zabawy i rządzy przyjemności. Odzwierciedla to naszą dzisiejszą rzeczywistość – walkę o przetrwanie w czasach pandemii. Jest to odniesienie do rozdarcia człowieka między pragnieniem przetrwania w czasach zagrożenia, i zachowania bezpieczeństwa osób nam najbliższych śmiercionośnym wirusem, z jednoczesnym buntem wobec wynikającej z tego samotności, i wobec obostrzeń, noszenia niewygodnych maseczek, wobec zamknięcia różnych instytucji, placówek kulturalnych i odcięcia od wszelkich rozrywek. Chęć zabawy kontra strach przed śmiercią. Śmierć w spektaklu gra na flecie melodię, a aktorzy do niej tańczą w jej rytm, zupełnie oddając się jej prowadzeniu w tańcu.

Według Apokalipsy św. Jana przełamanie siódmej pieczęci oznacza moment, w którym rozpoczyna się czas ostateczny, w którym Bóg oddziela dobro od zła, i zsyła zagładę na ludzi. Temat ten jest jak najbardziej aktualny w naszej pandemicznej rzeczywistości, w której każdy z nas próbuje pojąć metafizyczną tajemnicę istnienia. Szachownica jest alegorią naszej walki o przetrwanie. Każdy z nas jest jakimś pionkiem, który może zostać zepchnięty z planszy, i każdy tę partię szachów przegra w odpowiednim czasie, nie mamy na to wpływu, nawet gdy próbujemy tak jak Rycerz zgubić Śmierć zrzucając pionki z szachownicy – bo Śmierć wie dokładnie, kto gdzie stoi, i jej nie gubią nasze próby przewrócenia porządku. To ona go ustala i nad nim panuje.

„Serce mam puste. Pustka jest zwierciadłem zwróconym ku mej twarzy. Widzę w nim siebie i ogarnia mnie pogarda i strach. Obojętność wobec ludzi sprawiła, że żyję teraz samotnie. Jedynie pośród zjaw. Zamknięty w snach i fantazjach. Nie można żyć w przeświadczeniu, że życie jest bez celu i wszystko jest nicością.” ( „Siódma pieczęć” Ingmar Bergman, 1957). Słowa Rycerza, wypowiedziane w filmie, a potem umieszczone na scenie Sopockiego Teatru Tańca docierają do nas teraz w sposób dojmujący, bo czujemy się wszyscy otoczeni pustką, którą stanowimy my sami, kiedy musimy na co dzień mierzyć się z samotnością i strachem przed śmiercią.

W spektaklu nie zabrakło innowacyjnych form przekazu: wizualizacji, połączenia elementów filmu Bergmana z żywą grą sceniczną, oraz urywek autorskiego filmu reżysera spektaklu Jacka Krwaczyka o tym samym tytule co pierwowzór. Dodatkową atrakcją teatralną było pokazywanie obrazu kamery na żywo, którą operowała Aleksandra Foltman, grająca Giermka, symbolizując tym samym oczy Rycerza. Kamera pokazuje jak ważną rolą jest upamiętnianie chwil. Ta chęć, by coś po nas zostało, byśmy nie odeszli nigdy do końca, ta próba ujmowania wszystkiego w kadr, zoomowania tego, co nas przeraża, albo fascynuje. Jest to odpowiedź dla nas, na pytanie, co robić, by nadać sens naszemu życiu. Zapamiętywać, łapać chwile, zostawiać dla potomnych spuściznę w postaci pamiątek po nas, naszej twórczości, naszej pracy, uwiecznionych marzeniach. Szukanie sensu jest sensem w samym sobie. Nie cel się liczy, a droga. I po drodze mamy przeżywać, mamy działać tak jak podpowiada nam nasza własna natura. W życiu tak właśnie jest, że trzeba ciągle iść do przodu, żeby być bezpiecznym, tak jak pokazano to w filmie i w spektaklu. Nasze ciągłe przeobrażenia, nasze przeżywanie chwil, przechodzenie z miejsca w miejsce, to sens sam w sobie. Aktorka zamieniająca się w filmowca, przypominała mi bardzo wątek „American Beauty”, filmu, w którym również podkreślone jest to, że przeżycia utrwalone poprzez kamerę są dla nas ważne, i tylko dlatego kierujemy na nie obiektyw.

https://www.youtube.com/watch?v=Qssvnjj5Moo (American Beauty, reż. Sam Mendes)

W życiu bardzo ważne jest to, żeby przykładać wagę do tego, co chce się pamiętać. Każdy z nas kręci jakiś film, musimy rozważnie dobierać aktorów jakimi chcemy się otaczać, i przeżycia jakie chcemy prezentować, bo tego scenariusza już nie da się cofnąć.

W historię Rycerza wplata się opowieść o trupie aktorskiej, która się przemieszcza wraz ze swym teatrem, co można traktować jako symbol tego, że wszyscy jesteśmy aktorami, i przechodzimy z jednej scenerii w drugą, doznając ciągłej zmienności życia. Elementem żywotności był pełen wigoru taniec Róży Kołody i Wiktori Rudnik – (grających trupę aktorską razem z Joanną Czajkowską i Aleksandrą Foltman, które dołączają do nich), które szamocząc się w tańcu, okazywały swoje emocje i doznania. Taniec to nasza ekspresja – nasze ruchy, nad którymi wydaje się że panujemy, i nimi sterujemy, potrafią być jednak zatrzymane w niewiadomym nigdy dla nas momencie.

Miałam wrażenie, że „7 pieczęć” ukazuje nasze życie jako drogę, i to krzyżową. Scena końcowa jest bardzo poruszająca, gdy Śmierć kroczy jak żywa, a za nią korowód – połączenie żywego aktora grającego postać Śmierci z postaciami filmu Bergmana z kroczącymi za śmiercią uwidocznionymi rzutem ekranu. Każdy z nas niesie swój krzyż, a śmierć kroczy przed nami, i my nieuchronnie do niej zmierzamy. Przygrywa nam melodię na flecie, co dodaje jej ciężarowi lekkości, melodię, do której się poruszamy, nawet gdy nasze ruchy wyglądają na konwulsyjne. Tańczące ciało bez muzyki wyraża konwulsję i spazmy, a melodia nakreśla charakter tańca, czy jest wesoły, czy jest mroczny. Możemy decydować, czy chcemy by nasze życie było wesołe poprzez taniec, czy też smutne w zależności od tego czego słuchamy, na co patrzymy, co jemy. Czy chcemy żyć w strachu, czy chcemy ciągle uciekać, czy może kontemplować to co piękne wokół nas, i doceniać każdy dzień, każdy smak, zapach, każdą chwilę. Tak jak robi to Mia, w którą wcieliła się Joanna Czajkowska. Bohaterka kontempluje życie rodzinne, nie zastanawiając się nad egzystencją, tylko ją przeżywając. Całe życie gramy jakąś rolę. Warto żeby grać do wesołych nut, jeśli nie chcemy się pogrążyć całkiem w smutku. Mariusz Noskowiak odpowiedzialny za muzykę, podkreśla nastrój spektaklu, nie pozostawiając nas w smutnym nastroju, tylko dodaje ironię i radość, a my zdajemy sobie sprawę przecież, że nawet drwiąc ze śmierci, i tak się jej boimy, jednak ważne jest oswajanie się z nią, żeby nie żyć wiecznie w strachu. Nie pozostało nam nic, jak wesoło śpiewać, wesoło tańczyć, nawet jeśli nasze ciało bez muzyki wyglądałoby smutno, to jednak zawsze można tą muzyką zmienić nasz nastrój. Po tym spektaklu zamarzył mi się teledysk do smutno-wesołej piosenki „Braciszek Szatan”, do której pasuje danse macabre, jaki mam wrażenie teraz wszyscy tańczymy (realizacja -Mariusz Noskowiak, śpiew: Aleksandra Foltman).

Światłem operował Mateusz Gierc – miało ono znaczącą rolę szczególnie przy konfesjonale podkreślając lęk przed śmiercią, a także w momencie śmierci scenicznej Wiedźmy, granej przez Różę Kołodę. Za wizualizacje odpowiadał Łukasz Boros. Wplótł je bardzo klarownie w tło wydarzeń na scenie. W pewnym momencie stały się one jakby ożywione, jakby sceny z filmu dołączały do gry aktorów na scenie teatru.

Spektakl, podobnie jak film będący jego pierwowzorem, poza grozą operuje również komizmem, co rozładowuje napięcie i nie pozostawia nas w mroku śmierci; daje nadzieję, na to, że nie wszystko jest wyzbyte sensu, a więc i pogrążone w ciemnościach. Wychodząc ze spektaklu wychodzimy bogatsi o myśli egzystencjalne, z jednoczesnym optymizmem, że warto brać z życia to co piękne, i nie zastanawiać się aż tak bardzo nad jego sensem, bo i tak nie poznamy odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. Tak jak Mia, powinniśmy zachwycać się zapachem i smakiem poziomek, bo takie właśnie wrażenie zmysłowe sprawiają, że warto żyć. Takie rzeczy, które są czystą kontemplacją tego co jest wokół nas, a nie czarne myśli, co może znajdować się tam, gdzie nas nie ma, nawet jeśli jest to zaraz obok. O tym lepiej nie myśleć, bo i tak śmierci nie przechytrzymy. I może lepiej tańczyć poruszając nasze emocje, niż zastygać w bezruchu z przerażenia, co będzie dalej.

Zaczęłam sobie po spektaklu zadawać pytania: czy Śmierć nie jest dla nas bliższa od Boga, bo w odróżnieniu od niego jest realna…? Czy Bóg nas nie zwodzi obietnicami i nadziejami, których sam nawet nam nie składał, ale my mu je inputujemy? Czy śmierć się nami nie przejmuje bardziej niż On? Tego się nie dowiemy, jedyne co nam pozostało to albo ślepo wierzyć, że życie ma sens, albo się bać jego końca. A nikt z nas nie lubi lęku, nikt z nas nie lubi cierpieć. Każdy człowiek jest naiwny. I może warto takim pozostać, a nie starać się na siłę zdobywać wiedzę, która i tak nie jest możliwa do osiągnięcia.

Stroje aktorów były w głównej mierze ciemne i sprawiały wrażenie ciężkich. Jedynie sukienka Mii wyróżniała się kolorem różu i frywolnym stylem, miała tak niesamowity urok, że zarażała swoim optymizmem. Mia to kolorowa odpowiedź Rycerza na dręczące go pytania: nie warto ich zadawać. Warto cieszyć się jak on zapachem lasu, smakiem poziomek i wszystkimi kolorami tęczy. Cieszyć z tego co się posiada, nawet jak nie posiada się wiele. I może nie warto walczyć o więcej za wszelką cenę: ani o materialne dobra, ani o większą wiedzę, jeśli jesteśmy od niej realnie odcięci. Może wystarczy jednak czuć, smakować, dotykać, tego co jest nam dane, a nie ciągle mierzyć zbyt wysoko, zbyt daleko? Może nie warto dotykać tajemnicy śmierci, skoro jest ona nieodgadniona i za ciężka dla naszego umysłu. I warto żyć, i celebrować każdy dzień drobnymi przyjemnościami. Bez oczekiwania na więcej. Może to jest ta tajemnica życia i śmierci. „7 pieczęć” nas do niej przybliża. I za to lubię Sopocki Teatr Tańca, że zawsze dotyka głębokich myśli zamieniając je w taniec.

Scenariusz, reżyseria (inspirowane dziełami Ingmara Bergmana) – Jacek Krawczyk
Choreografia, kreacje aktorskie, taniec – Joanna Czajkowska, Jacek Krawczyk
Grzegorz Sierzputowski, Aleksandra Foltman, Róża Kołoda, Wiktoria Rudnik
Muzyka – Mariusz Noskowiak
Światło – Mateusz Gierc
Wizualizacje – Łukasz Boros
Scenografia – Jacek Krawczyk
Kostiumy – STT

Zdj. Adam Joachimowski

 

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.