Gdy się starzejesz…

Pamiętam jak w pierwszej ciąży czytałam książki Houellebecqa, i nie umiałam się z nim zgodzić, że gdy kobiety się starzeją, czują się gorsze od młódek, i niedowartościowane, i muszą szykować się na odejście faceta do młodszej. Ja wtedy inaczej patrzyłam na takie 30+, czy nawet 40+. Z szacunkiem i podziwem, gdy starzały się godnie. Byłam wyrozumiała dla grubszych (bo sama akurat przytyłam ponad 20 kilogramów), noszących ślady swojego wieku w postaci zmarszczek, i nie do końca modnie ubranych kobiet, bo wybaczałam im ze względu na ewentualne ciąże, ale też zwykłe zajadanie smutków i brak motywacji do uprawiania sportów, przez co ciało, no nie oszukujmy się, nie wygląda za pięknie, ani smukło, ani elastycznie. Ale dla tych, które błyszczały wśród młódek mimo swego wieku, i ciąż, i możliwości posiadania swoich smutków nie do złagodzenia zajadaną czekoladą, dla tych, miałam mega szacunek. Gdy do tego nie upiększały się na siłę za dużym makijażem, wyolbrzymiającym ich nie tolerancję do własnej natury, i gdy nie nosiły za krótkich spódniczek i za wysokich obcasów, po to tylko, by siebie dowartościować niepotrzebnie wyzywającym ubiorem, a pewnie i z tego wynikającym niepotrzebnym seksem, czyli nie przynoszącym niczego poza wzrastającą frustracją, że jest się tylko przedmiotem w rękach faceta, który ocenia ten przedmiot przede wszystkim po dacie produkcji i po tym, czy nie był za mocno już używany, bo taki pozdzierany przedmiot może być kłopotliwy) – one były dla mnie niesamowite. Aż sama stanęłam przed lustrem we własne 34-te urodziny, i płakałam długo, rzewnie, bez sensu, bo niczego tym nie wnosząc. Mam wszystko o czym w tym wieku niektórzy marzą: męża, trójkę dzieci, duże mieszkanie, psa, a nawet świnkę morską. Ale kurwa i tak nie jestem szczęśliwa. I płaczę nad tym, że niedługo trzeba umierać, i że ja wcale nie czuję, że „pożyłam”, ja wcale nie czułam się Kimś jeszcze w moim życiu. Nie zdobyłam szczytów w pracy, nie odwiedziłam tylu krajów. I nie przebierałam facetów wybierając swojego męża, tylko wzięłam takiego, który potencjalnie wydawał się najbardziej wierny nie pozwalając sobie na przeżycie fajerwakowatej miłości. Nie uwierzyłam w nią. Wiedziałam, że potrafię kochać na zabój. Tak, miałam takiego chłopaka w  liceum, którego pokochałam tak mocno, że nie umiałam sobie wyobrazić, że będę umiała jeszcze kogoś tak kochać. Więc wybrałam bezpieczną przystań. I teraz, na starość (czyli gdy mam te swoje 34 lata) żałuję, że nie miałam tych fajerwerków. Że ich nie poczułam. Ale co jeśli tylko te fajerwerki są w mojej głowie? Że mam projekcję: że wydaje mi się, że ten koleś przede mną jest taki fajowy, taki cudowny, szalony (i wtedy mam te swoje fajerwerki), a potem nagle nie wiem kiedy chcę go z każdej strony zmieniać, jak go tylko trochę poznam, bo okazuje się, że mój schemat ukochanego jest inny, i nakierowuję go na to, co chciałabym uzyskać, a on nie trafia, zupełnie jak w najgorszym seksie, gdy chłopak nie odróżnia dziurek, do których ma wsadzić siusiaka. To już chyba wolę racjonalnie dobranego faceta, który dziurki odróżnia, i mimo że nie jawił mi się jak ze snów, to jednak na jawie jest całkiem, całkiem.

Tylko co jeśli ten dobrze dobrany facet też uzna, że jestem zorana wiekiem i zużytą ziemią, że już nie chce mu się jeść plonów z niej, ani uprawiać na niej ogródka? Kiedyś myślałam, że to tragedia. Teraz wiem, ze każda kobieta się na to szykuje gdzieś w głębi duszy. Bo zawsze trzeba być przygotowanym na najgorsze. Jest dużo ładniejszych, zgrabniejszych, lepiej się noszących, nie tkniętych przez czas i ciąże, nie ważne czy mądrzejszych, czy głupszych, ale MŁODSZYCH.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.