Nikt mi mniej nie zrobi krzywdy…

Nikt mi mniej nie zrobi krzywdy. Nikt mnie lepiej i piękniej nie zostawi. Niż ty. Wtedy gdy zostawiłeś mnie samą na ławce. Gdy nie wierzyłam w to, co mówisz, bo przecież to czyny mówią o kimś, a nie słowa. Prawda? To mu być prawda! Więc gdy powiedziałeś najgorsze słowo świata, którego nikt nie lubi jeśli podoba mu się to, jak toczą się chmury i jak przemijają por roku. Gdy mówiłeś te bolesne zdania, które do mnie nie chciały dotrzeć, bo starałam się zająć myśli czymś, co pozwoli mi zapomnieć, gdy jak tyko mnie zobaczyłeś w umówionym miejscu na NASZEJ ŁAWCE, że „musimy porozmawiać”, i wbiłeś wzrok w swoje buty, ja natychmiast przestałam patrzeć na twoją twarz, rozumiejąc, że twoje oczy nie chcą teraz spotkać moich, i szukałam biedronek na listkach kwiatków. (….) Czując moje roztargnienie, i ucieczkę myśli od tego, co chciałeś wyrazić, postanowiłeś mnie obudzić z tego snu świadomości, pragnącej odejść z tego miejsca, by tylko nie być świadkiem, tego, co mówisz. Tego że „od początku to nie było to. Że może nas do siebie ciągnęło, ale nie wiesz co. Że to jakiś dziwny magnes. Ale to nie miłość przecież. To pewnie tylko przyzwyczajenie. I że nie możesz patrzeć, jak ja rzucam wszystko biegnąc do ciebie na tę ławkę za każdym razem. A ty jeszcze zdążysz po drodze kupić chleb i fajki. I spotkać się z kumplami, i wyjść na rower oraz siłownię.”

A ja?? A ja zawsze siedzę na tej ławce. A on mówi, że nie może już przyjeżdżać do mnie tutaj. Że to złe, że porzuciłam wszystko dla tej drewnianej konstrukcji, na której siadamy jak na jakiejś łódce, która nam pomaga odpłynąć od naszych brzegów. I cumuje zawsze po to, by znów zabrać w podróż, jak tylko wrócimy na chwilę do rzeczywistości. Ale ty już nie masz czasu na łódkę. I jakoś tak ci się wydaje, że nie pasujesz do niej. Że masz jednak inne wymogi. I że nie wiem, co jeszcze, bo sama płynęłam wtedy moją łódką schylając się po nenufary, żeby tylko udawać, że nie zauważyłam, że dziś nie chce płynąć ze mną. Ale stoi jeszcze na brzegu, a ja udaję, że jego słowa słyszy tylko on. Bo zaczynam nucić pod nosem i robić wianki z koniczyn. I wtedy właśnie wyrzekłeś to słowo… „KONIEC”…

Stanowczo oblekłeś to w pytanie ciągnąc moją łódkę za kadłub ku sobie, zanurzając się w wyobrażeniu mojego stawu. Sprowadzając nenufary do postaci polnych kwiatów. Potrafisz sprawić, że czar pryska, mimo, że tak wspaniale potrafię rzucać zaklęcia na to, co realne. Twoja chęć stania na twardym gruncie jest niestety silniejsza od moich pragnień dryfowania. Zachwiałam się wychodząc z łódki i poczułam się jakbym upadła na twarz, i podparła dłońmi, i poczułam jakby z nich chlusnęła krew. A to były łzy, w których topiła się moja twarz i ratujące ją dłonie, z których wypuściłam kwiaty… Nad lecącą krwią i łzami tak ciężko jest zapanować. Nie umiałam wyrzec słowa, a ty się poczułeś pewnie źle, że tak mocno mnie raniłeś tym najgorszym słowem. Więc tłumaczyłeś coś dalej, jakbyś opatrywał moje rany. Od tych słów już nie miałam sił odpłynąć, więc krztusząc się łzami, słuchałam, jaka to jestem „wspaniała, ale nie dla niego”. Że to przyjaźń była, nie kochanie. Że to nieracjonalne wszystko, a ty jesteś przecież taki zawsze racjonalny. Że ja za bardzo tego chcę. A on wtedy boi się, że go pochłonę. Bo on nigdy tak nie odpływał w nieznane, jak ze mną, a nie umie wcale dobrze pływać. Albo może umie, ale kiedy wpadnie do wody, łapie go lęk, że nie umie, i wtedy zaczyna tonąć. A on nie chce tonąć. On chce jeszcze żyć. I to na suchym lądzie. I że „miło było, fajna jesteś, ale już się nie spotkamy.”

„Już się nie spotkamy” powtórzyło echo w mojej głowie. I wtedy aż się zachłysnęłam, i jęknęłam, jakbym została śmiertelnie zraniona. Bo zostałam. Tak, tej rany nigdy nie uleczę. I wstałam na chwiejnych nogach z naszej ławki w zamiarze ucieczki. Ale on mnie złapał mocno w swoje ramiona i przyciągnął i zaczął całować łapczywie, jakby pragnął się napić miłosnego nektaru, którym pachnę, z moich ust, by zamienić się w tak samo iluzoryczną istotę jak ja. By pomóc mi w cierpieniu. By oddać mi siebie mimo jego głębokiej chęci odejścia w głąb lądu, gdzie nie ma takich syren. Gdzie nie ma takich nenufarów.

Ale przestał nagle, jakby zdał sobie sprawę, że mój pocałunek, który na początku zastygł w zwątpieniu, że to się dzieje naprawdę, czy też może postradałam wszystkie myśli, chciwie zanurzyłam się cała w jego ustach. Ale na tyle delikatnie, by go nie przestraszyć. By tylko go nie odgonić. A jednak powiedział: „widzisz co mi robisz? Ja tak nie mogę! Nie mogę być z tobą wbrew sobie…” Nie rozumiem, jak może mówić coś takiego, podczas gdy jego usta wyrażały tego zaprzeczenie… Dlatego nigdy nie ufam do końca słowom. Ciało potrafi jeszcze lepiej mówić niż najmądrzejsze przemowy.

Nie wiem jak dotarłam do domu, bo tego dnia straciłam czucie w nogach. Ale pamiętam, że opierałam się po drodze o drzewa i ich gałęzie, i miałam wrażenie, że mnie poklepują, i dodają sił swoimi konarami, bym szła dalej. Bym nie upadła. Bym nie zamarzła tą najciemniejszą i najzimniejszą nocą, jaka przyszła do mnie tego dnia, mimo że rano wydawało mi się, że jest już w pełni wiosna…

Chyba dlatego cię wybrałam – bo czułam, że nikt mi mniej nie zrobi krzywdy. Bo tak bardzo bałeś się, że będę cierpieć z tobą, który nie ma żadnych uczuć, żadnych planów, żadnych sentymentów, że lepiej zrzucić mnie przy mojej łódce, bym wreszcie zrozumiała, że to naprawdę tylko ławka. I bym zaczęła wreszcie nazywać rzeczy po imieniu.

Nie zapobiegniesz jednak temu, że będę kochać cię do końca mojej bajki, a rzeczy nadal wydawać mi się będą nieraz nierealne. I zamykając oczy na naszej ławce zamierzam pływać w te same miejsca, w które razem tyle razy płynęliśmy, albo płynąć planowaliśmy. Oraz zrywać nenufary naszych wspomnień i wdychać ich piękno.

Pewnie czułam w twoim zapachu, że lubisz znikać z horyzontu, nawet gdy nie jest wcale jeszcze ciemno. Bo za bardzo znałam ból innych rąk. I za bardzo nie chciałam go już nigdy poczuć. Że poczułam TO do CIEBIE. Unikając bólu otrzymałam twoje odrzucenie. Bo ty zawsze wiesz najlepiej czego potrzebuję… Za to ja za ciebie zawsze chciałam czuć bezmiar tego, co sama w sobie nosiłam. Podczas gdy ty chciałeś za mnie zawsze myśleć. Ale ja nie umiem myśleć racjonalnie. Mnie się nie oduczy pływania w stawie. Bo to mój żywioł, i moje naturalne środowisko. Bo za bardzo śnię na jawie… I wcale nie zamierzam się obudzić.

 

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.