PRZEDMIOT NIEOCENIONEJ WARTOŚCI – recenzja Sopockiego Teatru Tańca (felieton)

przedmiot nieocenionej

Tak zaczęła się moja przygoda z Sopockim Teatrem Tańca kilka lat temu. Od tego spektaklu, który mnie oczarował, i nadał nowy tok mojemu myśleniu. Do tamtej pory nie widziałam tego tak wyraźnie, że taniec wyraża więcej niż słowa. Że potrafi więcej opowiedzieć, bo opowiada też rzeczy niedające się wyrazić słowami, i wykracza poza nie. Teatr tańca to czysta poezja, nieobleczona żadnymi regułami gramatyki, najlżejsza w swojej formie, unosząca się w powietrzu, niezawieszona czarnymi nitkami liter na białym płótnie kartki. To najbielszy z białych wierszy, wypowiadany ciałem, opowiadany ruchem. Bez słów, a jednak pełen wyrazu. Przy muzyce, albo w ciszy. W tłumie, albo w samotności. (…)

Pojęłam też, że nawet nie znając się na regułach rządzących tym teatrem, nie znając się na tańcu, i tak wychodzę naładowana nie tylko emocjami, ale i pewnego rodzaju nową  wiedzą zdobytą na spektaklu. Wiedzą, która dostaje się innymi niż takimi do jakich jesteśmy przyzwyczajeni kanałami. Ciało potrafi wiele powiedzieć, wiele pokazać, wiele przedstawić. Bo nawet gdy nie mówimy słowami, opowiadamy ciałem. Słowa potrafią łatwo kłamać i nabierać, a ciało nawet gdy udaje, to pod powierzchnią wyrazu swego kłamstwa, kryje zawsze prawdę, do której łatwiej dotrzeć niż przez gąszcz słów. Ciało opowiada doskonale o emocjach, o trudach i o przezwyciężaniu ich. O smutku i radości. O udawaniu, i o prawdzie. O życiu. I o śmierci. Nawet gdy samo w sobie nie jest doskonałe, to jest doskonałym środkiem wyrazu.

                                                             ***

Spektakl Joanny Czajkowskiej z okazji 20-lecia jej pracy scenicznej podsumowuje jej nastawienie do tworzenia. Przedstawia on perspektywę historyczną wprowadzanych innowacji w polskim tańcu, odnosząc się do prac wybitnych choreografów (Jadwigi Jarzynówny-Sobczak, Conrada Drzewieckiego, Ewy Wycichowskiej, Wojciecha Misiuro, Piny Bausch), i ukazuje zmieniający się obraz „ciała idealnego”, do posiadania którego dąży nie tylko każdy tancerz, ale też każdy człowiek, przez co każdy widz czuje, że jest to opowieść też o nim. Narzucającą mi się metaforą, która oddaje, o czym jest ta opowieść, jest porównanie walki z ciałem z walką o samorozwój w ogóle: walka w pracy, walka w domu, o naszą idealność w różnych dziedzinach.

Prezentacje różnych styli tańca wnosi proces coraz większego nawarstwienia, który odnosi się i do historii tańca, i do podziałów regionalnych tego tańca, i do wpływu stylów tańca z różnych stron świata, a także elementów sztuk walki. W spektaklu główną rolę gra tancerz i jego alter ego (drugi tancerz) oraz cztery tancerki, symbolizujące różne idee tańca. Ważną rolę odgrywa naukowy aspekt dociekań nad ciałem, poszukiwań sensu jego istnienia. Przenikanie się sztuki wysokiej baletu z kulturą popularną podkreśla awangardyzm przesłania. Spektakl ukazuje nostalgię za tym, co było, co podkreślają wyświetlone w trakcie przedstawienia czarno-białe fragmenty wywiadu z Marcelim Żędzianowskim – jednym z pierwszych tancerzy i choreografów Opery Bałtyckiej.

Scena otwierająca spektakl ukazuje nagie ciała zanurzone w przytłumionym świetle, co nadaje im surrealistyczny wymiar. Ustawione są one jak antyczne posągi – jak ideały – idee pięknego ciała, które nam towarzyszą od antyczności i podążają za nami aż do dziś. Nagość podkreśla ich prawdę, co będzie przeciwstawione w późniejszych częściach strojom, które przywdziewają tancerze, uniemożliwiającymi odpowiednie ruchy, spowalniającymi ciało, ograniczającymi je, dając metaforę niewygody jaką nadają nam społeczno-kulturowe wymogi. Nagość jest zaproszeniem do opowieści intymnej, osobistej, a co za tym idzie: prawdziwej.

W jednej z początkowych scen pokazywane było odchodzenie jednej idei na rzecz drugiej.  Przedstawiali ją  tancerz tańczący z tancerką, która nagle została porwana na rękach przez pozostałe tancerki (wyniesiona wysoko jak ofiara i przekazywana z rąk do rąk), i zamieniona na inną, której tancerz oddał się z większą czułością. Wyglądało to jak scena miłosna, opowiadająca o odejściu jednej miłości, żeby mogła zaistnieć druga. Była to w moim odbiorze najbardziej poruszająca część spektaklu. Bardzo ważną rolę odegrały tu ręce, które kojarzą się z tworzeniem, jak i przekazywaniem czegoś dalej.

W scenie, w której tańczy ze sobą równolegle dwóch tancerzy zauważalne jest, że Alter Ego tancerza (Odkrywcy) jest pewne siebie, natomiast sam tancerz nigdy nie osiąga ideału, lecz wciąż do niego dąży. Niepewność jego ruchów podkreśla drżenie jego ciała. Zakończenie spektaklu utwierdza nas w przekonaniu, że będziemy wiecznie przejmować poprzednie znaczenia i przeobrażać je na nowy użytek.

Zmysłowość tego spektaklu jest ciągle podkreślana muzyką: nawiązującą do dawnej muzyki poważnej, gdy opowieść dotyczy nieruchomych idei, a wraz z ruchem i pojawiającymi się nowymi ideami – muzyką elektroniczną, nadającą element grozy, niepokoju, związany z ciągłym i niekończącym się poszukiwaniem CZEGOŚ.

W układach tanecznych wykorzystane są elementy sztuk walki, które przywodzą na myśl, do czego służy ciało: do różnego rodzaju zmagań. I to nie tylko z czymś zewnętrznym, z jakimś zewnętrznym zagrożeniem, ale też z sobą samym – o wewnętrzne samodoskonalenie się, o samorealizację.

W spektaklu użyto szerokiego spektrum rodzajów przedstawiania tańca, wideoprezentacje, podskoki, pulsacyjny rytm, zawracanie się, jakby zawsze coś z przeszłości nas na chwilę  wciągało, żeby coś z niej wyciągnąć dla siebie zanim pójdziemy dalej.

Ciała stają się rzeczywiste, dopiero gdy są wprawione w ruch. Rozpoznajemy ich odejście od uprzedmiotowienia dzięki emocjom, które z nich się wydobywają: z mimiki twarzy tancerzy, z ruchów, które raz są pewne, kiedy indziej za to pokazują problemy w zmaganiu się ze swoim ciałem, i wynikające stąd zagubienie, niepewność i wyciekający z pracy nad ciałem ból, z niemożliwości dojścia do ideału, do próby uprzedmiotowienia samego siebie, sprawienia, że będziemy idealni jak antyczne nieruchome posągi. Jest nam ciężko jako podmiotom osiągnąć z własnych ciał przedmiot pragnień. I jest to paradoksalne, że to co przedmiotowe: idea, zaczyna rządzić nami jako podmiotami; że idea nie daje nam odpoczynku, tylko nieustannie zarządza nami, i męczy nas w wiecznym doskonaleniu się i poszukiwaniu własnego wyrazu.

Ciało ożywia coś nierzeczywistego: coś niedotykalnego, niezauważanego, tkwiącego w tym, co cielesne, coś dającego energię. I bez tego ducha, ciało nie miałoby siły zmagać się z rzeczywistością. Stajemy się świadkiem tego, jak to co niepostrzegalne oddziałuje na to, co widzialne. To co wewnętrzne na to, co zewnętrzne. To co niemierzalne matematycznie i fizycznie, wpływa na to co daje się podzielić na kawałki, pokroić, podzielić. To co nie ma żadnego zmysłowego wymiaru na to co wydziela ciecze, takie jak krew, wonie, zapachy, odgłosy, i obraz; co czuje rozkosz lub ból, co rodzi się i umiera, dzień po dniu; życie po życiu. Naukowiec-odkrywca przygląda się ciału i bada je. Symbolem tych dociekań naukowych jest maszyna, z którą Odkrywca podjeżdża do interesujących go tancerzy, czyli idei. I z tym poszukiwaniem sensu ruchu tego ciała wygląda na zagubionego, tak jakby nie umiał się pogodzić z tym, że elementem ożywiającym to ciało jest niewidzialna energia. Ten „jeździk marsjański” z mrugającą lampką, podobnie jak wideoprezentacja oka wielkiego, czerwonego od wysiłku patrzenia, uzmysławia nam, ze wszystko może być rejestrowane i badane, a jednak jest jakaś tajemnicza siła, która ożywia ciała, której żadna maszyna nie dostrzeże i  nie zdoła zbadać, bo jest to jakiś niewidzialny duch. W moim odczuciu w tym duchu sprzężonym z ciałem jest ukryta nie dająca się ocenić wartość.

Symbolem zmagającego się z oporem powietrza i własnego ciężaru ciała są dłonie, które stają się wyrazem ekspresji niewerbalnej, językiem przekazującym niewerbalnie treść poza medium tańca. Dłonie aktorów stały się bohaterem jednej sceny, w której aktorzy są ubrani w błękitne stroje składające się z kawałków materiałów zszytych w jedną całość, zakrywających na tyle resztę ich ciała, że stają na planie pierwszym. Palce, jak skrzydła ptaka trzepoczą, próbują się wznieść, prostują się i zginają, żeby elastycznie znów spróbować wyprostu, i wznieść się w powietrze, oderwać się od ograniczeń grawitacji i rąk, które je trzymają w ryzach, na miejscu, przy człowieku. Palce, które łopoczą jak skrzydła, raz się odmykają, i są, żeby zaraz się zamknąć, i zniknąć, i znów się odmykają, z większą mocą, zdobytą przez poprzednie zamknięcie się, i przez coś, co zdobyły przez chwilowe odejście do stanu agonalnego: czyli do unicestwienia się w formie pięści. I tak ćwiczą te dłonie, jak i nasze ciała, i mimo zmęczenia i bólu, potrafią więcej, wydobywają więcej, wzlatują wyżej, mimo sił tej grawitacji, i mimo ciężaru własnego i przytrzymującej je reszty ciała. Dłonie nas przenoszą symbolicznie w przestworza, ciągle coś dodając z poprzedniego doświadczenia uniesień.

Sama reżyserka twierdzi, że jest typem intelektualistki tworzącej taniec. Pod powłoką intelektualnych przesłań, odnalazłam wiele emocji na scenie, które wyciekały wręcz przez treść spektaklu jak krew potrafi wyciekać z ciała. Odgłosy krwi były nawet słyszalne i widzialne za sprawą wideoprezentacji, która ciągle umiejscawiała nas w środku ciała, sugerując jakbyśmy przenieśli się w przestrzeni do wnętrza, i to nie duchowego, tylko cielesnego w tak dziwny sposób, że ja tę duszę nawet dostrzegałam w tym ciele. Jako zagubioną i przerażoną, zamkniętą w przestrzeni składającej się z żył i arterii, które nie wiadomo po co są, i gdzie prowadzą. Jakby znikąd donikąd, bo jakby nie było nie wiemy skąd, ani po co, dostaliśmy to ciało. Patrzymy jak aktorzy na scenie na nasze dłonie stworzone do tworzenia, ale nie wiemy czego. I trzepoczemy tymi dłońmi, jak ptaki lecące nie wiadomo czemu do ciepłych krajów. Coś nas gdzieś gna, jakaś siła tajemna, mimo, że ciągle stoi nad nami wymiar śmierci. I może dlatego działamy, dlatego uciekamy w tworzenie ciała, w opanowanie czegoś, żeby czuć, że możemy nad czymś zapanować. Że mamy jakąś moc sprawczą, a nie tylko jakiś demiurg, który nas stworzył zastępując tych, którzy umarli. I jak nie dajemy sobie rady z tym, co nam przykazują  kanony piękna, czy też sztuki, to ją powiększamy o kolejny wymiar, opuszczamy stare kanony, ale zawsze coś z nich za sobą targamy. I tak jak geny są przekazywane z rodziców na dzieci, tak i tu nauczyciele pozostają w swoich uczniach, i choćby ci chcieli im zaprzeczać, to w tym zaprzeczeniu też ich niosą. Są  w naszych żyłach, krew ich przetłoczyła się do naszego krwiobiegu, i nawet jak jesteśmy zmęczeni, i zagubieni, i poorani wiekiem, i tak nadal łakniemy czegoś nowego, jakiejś innowacji. Bo ta innowacja jak noworodek, jest symbolem życia, i naszej wieczności. Tego, że to życie choć zanika gdzieś, to rodzi się gdzie indziej. I będzie niosło idee utworzone przez dawnych nauczycieli.

Myślenie tańcem o świecie przez Joannę Czajkowską jest hipnotyzujące i wciąga widza w sposób  absolutny. Pokazała w sposób przepiękny wyciąganie idei z poprzednich, przesiewanie ich przez sito własnych doświadczeń i wrażliwości pozostawiając swoje dzieło otwartym na kolejne możliwości dołączenia kolejnych idei. Jej dzieło w przepiękny sposób łączy spuściznę historii w jedną całość. Jest takim jakby filmem, który każdemu się jawi przed śmiercią. Przewinięciem klatek o tym co było, z sugestią, że te klatki będą się przesuwać w nieskończoność, bo zawsze z niebytu rodzi się nowy byt.

To co wyniosłam ze spektaklu to myśl, że ludzie ciągle walczą o to, kim chcielibyśmy być, bo ciągle są niezadowoleni z tego gdzie i jacy są, ciągle dążą do ideału, który jest nieosiągalny. Wynika to z psychologicznego faktu, że rozbieżność między ja realnym a ja idealnym prowadzi do przeżywania emocji takich jak smutek, rozczarowanie, apatia, depresyjne nastawienie.

To wieczne dążenie do nieosiągalnego celu wiąże się z uczuciem ciągłego niezadowolenia z tego, co jest obecne, i z chorymi wyobrażeniami (bo wystawiającego nas na ciągłe, szaleńcze gonitwy za fatamorganą), co będzie jak się osiągnie to co nieosiągalne: za czym tak gonimy aż do śmierci, i wtedy dopiero doceniamy to, co było, zauważając, że to, co umarło też miało znaczenie. Mamy wrodzone pragnienie perfekcji, które nas napędza do ciągłego ruchu. Przy dążeniu do czegoś nowego jesteśmy zrośnięci z bólem, bo wysiłek ten męczy nas, i nie pozwala swobodnie oddychać. Oddech, który pełni ważną rolę w grze aktorów na scenie, często się zacina, sprawia, że ciało wygląda dramatycznie oddając wyraz zarówno ekstazy, jak i bólu, co pokazuje na egzystencjalny przekaz filozoficzny Czajkowskiej.

Myślimy, że osiągniemy coś pięknego, a w końcu towarzyszy nam uczucie zagubienia, strachu, że nie osiągniemy tego wymarzonego celu, jak również inne uczucia rozczarowania tym, gdzie dotarliśmy. Nieumiejętność stanięcia w pozie statecznej, tylko ciągły ruch ku czemuś co się nam wydaje lepsze, i dzięki temu złudzeniu żyjemy, ruszamy się krok za poprzednim krokiem, dzień po poprzednim dniu, życie po poprzednim życiu…

(RECENZJA SPEKTAKLU „PRZEDMIOT NIEOCENIONEJ WARTOŚCI”

– TEATR NA PLAŻY, Sopot, 12.11.2017

Scenariusz, choreografia, reżyseria: Joanna Czajkowska

Współpraca choreograficzna i kreacja postaci: Jacek Krawczyk, Joanna Nadrowska, Kalina Porazińska, Magdalena Laudańska, Kamila Maik, Maciej Sheva Mołdoch

Kostiumy: Adam Królikowski

Muzyka: Mariusz Noskowiak

Wizualizacje, plakat: Katarzyna Teresa Turowska

Światła: Rico)

Fot. Andrzej Ro

 

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.