WIELKI PIĄTEK PANDEMICZNY – czyli droga krzyżowa przez gotowanie

chlebki

Upiekłam z dzieciakami po raz pierwszy w życiu chleb! Ow yeah, ow yeah, ow yeaaaaah! Najpierw wyszukałam takiego przepisu, który nie powodował palpitacji serca (rozgnieć ciasto piętnaście minut, potem czekaj pótorej godziny, znów rozrób, znów czekaj 1,5 godziny… – no ja pierdolę, nie samym chlebem człowiek żyje!) (…)

Wyczytałam w jakimś przystępniejszym przepisie, że trzeba rozmieszać z dwiema szklankami ciepłej wody i łyżką cukru oraz mąki, 10 dag drożdży, przekonana, że chodzi 10 gramów… Tak więc skrupulatnie pocięłam kostkę drożdży na 10 kawalątków i zmieszłam jeden z nich z innymi składnikami. Po pół godziny mimo, że w przepisie było napisane, że roztwór urośnie, nie urosło nic. Stwierdziłam, cierpliwość to moja słaba strona, ale dziś się nie poddam! Chleba brak, do sklepu mi nie spieszno, poczekam kolejne pół godziny.

I na darmo to czekanie. Po co oni biednych ludzi wprowadzają w błąd? „A chuj z tym” – pomyślałam rześko i dorzuciłam do tej nieurośniętej paćki kilo mąki, i zawołałam moje potomstwo do zabawy w klecenie ciasta, zachęcając je w bardzo łatwy sposób: to lepsze niż slajm! I wtedy mnie tknęło, żeby spojrzeć jeszcze raz na przepis, i oświeciło mnie wraz ze skupieniem na skrócie DAG, że przeciez 10 dag to 100 gram!!! (wyobraźcie sobie takie zbliżenie na napis DAG. Ja mam problem ze wzrokiem, ale nie noszę okularów. Chyba po to, żeby ładnie wyglądać. Przed samą sobą oczywiście, bo przed kim, kurwa…). No to dawaj, Aga! Skup się! Nalałam znów trochę wody, dodałam dziewięć kawalątków z pozostałej ilości drożdży plus ciut cukru i mąki i mieszam w oddzielnej misce. Zmęczona już ta zabawą w gotowanie po pietnastu minutach zobaczyłam coś co sprawiło, że prawie się posikałam z radości. Urosło jakieś dziwo z tej mieszanki normalnie powiększyło się z dziesięć razy już po piętnastu minutach. No co najwyżej miałam jakieś omamy z głodu, ale mówię, co przeżyłam, i jak to odczułam, nie wiem jak Wam pójdzie, bo przecież wiadomo – każdy inaczej odbiera rzeczywiśtość.

Wrzuciłam to coś do masy ulepionej juz przez córki, dolałam jeszcze dwie łyżki oleju i po odstawieniu na pół godziny nałożyłam połowę paćki do formy od tortownicy, drugą połowa do ceramicznego garnka – wyłożonych margaryną do pieczenia i bułką tartą, bo nie miałąm otrąb, a byłyby pewnie lepsze, ale chuj z tym. (Otręby, sręby. Chleba w domu nie mam, a otręby to już w ogóle przesada. Te przepisy zawsze zaskakują swoimi wymogami co do stanu posiadania czytelnika.)

No i wrzuciłam te nie za pieknie prezentujące się mazie do piekarnika rozgrzanego na 180 stopni na 40 minut. Kto mnie zna, nie uwierzy. Ja też nie mogę, i z tej niedowiary postanowiłam napisać ten oto przepis Wam wszystkim, którzy może nie wierzycie w swoje siły w kuchni, i w to, że cokolwiek ugotujecie, może smakować. Uwierzcie! Może!

Wyszło lepiej niż piekarzom. No może poza wizualną ich stroną. I poza tym, że zapomniałam, że chleba nie kroi sie jak tort, było naprawdę profesjonalnie  Nie znoszę ogólnie przepisów, a jeszcze bardziej stosować się do nich, ale tym razem jestem tak opanowana euforią, że chyba z tego wszystkiego mogę powiedzieć, że lubię gotować! Ja! Więc tak, chyba mi już całkiem rozum wysiada. Nie poznaję sama siebie, i dzieci też patrzą z niedowierzaniem na mnie, zastanawiając się, gdzie jest ich mama? Ta, której nawet woda na herbatę się przypala, i której szczyt kulinarnych umiejętności kończył się wraz z jajecznicą na boczku. Patrzą podejrzliwie zajadając się wreszcie czymś smacznym, choć tak powszednim. Chlebem.

Do rozgrzanego piekarnika wwaliłam jeszcze rozrobione ciasto na murzynka, i też wyszło  (Chwalmy Pana! Alleluja!!!), ale już przepisami nie będę was zanudzać, bo tego całe mnóstwo w Internetach. Ale powiem Wam tyle: nawet jak Wam się wydaje coś niemożliwe do zrobienia, ale sie zaweźmiecie, i po drodze coś wam nawet szwankuje, to jak będziecie mieć odpowiedni stan umysłu, upartość i otwartość na pomysły i na zmiany źle wykonywanego planu, to gdzieś dojdziecie. Choćby to było coś, co się filozofom nie śniło. Jak na przykład ja piecząca chleb…

 

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.