Wschody i zachody złudzeń

Photo by Alejandra Quiroz on Unsplash
Pod moim fejsbukowym postem o zdradach napisał mądre rzeczy Marian: „No to pojechałaś. Jak zaczyna się od nowa definiować takie hasła jak „zdrada” to znaczy, że umysł usilnie szuka prawowitego uzasadnienia dla faktów, które już wystąpiły w poprzedniej, ogólnie przyjętej definicji. Szczerość wobec drugiego człowieka? Który człowiek jest na to gotowy? Kto by z takim człowiekiem wytrzymał? Kto by wytrzymał z taką kobietą? Okłamujemy się bez przerwy, a potem definiujemy okoliczności owego kłamstwa na nowo, żeby usprawiedliwić swoje czyny? WTF? „Są jeszcze na tym świecie ludzie szczerzy i szczerze kochający, i nie zdradzający się”- tak, są też ludzie brzydcy i biedni, których nikt nie chce ruchać, więc żyją w wierności do podobnych sobie istot i to czyni ich jakkolwiek lepszymi? Tak samo jak okazja czyni złodzieja tak też okazja czyni zdrajcę. Pięknej Kobiecie łatwo wpaść w te sidła, wszędzie rozstawiono ich w chuj. Sam fakt rozpatrywania dróg ucieczki od konsekwencji podjętych decyzji (dopóki śmierć nas nie rozłączy) już jest preludium dla całej machiny tego typu kombinacji. „To pragnienie spędzenia czasu zamiast z osobą, z którą na razie umowa cię obowiązuje, z inną osobą.” – Ja się pytam: jakie kurwa „na razie”? To jest klasyczne podejście obecnych czasów – nikt niczego nie naprawia tylko bierze nowe. Konsumpcjonizm kurwa ja pierdole na każdym kroku. Bo towar niezgodny z opisem, bo nie taki jak kiedyś, bo się zmienił, bo źle opakowany, bo… no.. dalej.. wymyślajmy sobie kolejne usprawiedliwienia, jesteśmy w tym całkiem nieźli. Uważam, że celem ćwiczenia nie jest to, żeby przez 100% czasu epatować szczęściem, radością i motylkami w brzuszku, tylko żeby na starość był ktoś, kto za Tobą będzie pchał te jebaną kroplówkę. Problem w tym, że najczęściej uświadamiamy sobie to za późno. Jebać zdrady, brzydkich ludzi, kroplówki i Wasze definicje. W głębi duszy każdy* wie kiedy robi chujnię, a kiedy nie i żadna definicja tego nie zmieni.
*) pomijając 1% psychopatów bez sumienia.”
Dziękuję Ci, kolego, za ten głos rozsądku, który mimo tonu pretensji, nie wyklucza się tak do końca z moim. Muszę na to odpowiedzieć. A że nie umiem zwięźle, to już chyba wiecie… Pozwól, Marian, że zacznę od tyłu, bo tak lubię 😉
Każdy ma różny stopień wrażliwości, dlatego nie sądzę, że każdy wie, że robi kogoś w chuja. Każdy ma też swoją definicję zdrady, i ważne jest żeby dostosowywał się z tą swoją definicją też do definicji drugiej osoby, z którą się wiążę. Dotyczy to tak samo związków partnerskich, jak i przyjacielskich. Aby partnera, ani też żadnego przyjaciela nie robić w chuja, należy wyczuć lub ustalić między sobą na czym będzie polegać lojalność miedzy nimi. I starać się tak wobec drugiej osoby tak postępować, by jej zwyczajnie nie ranić. Niektórzy poczują, że zdradzają nawet jak spojrzą komuś innemu niż partnerowi w oczy, inni nie poczują tego nawet idąc z kimś innym do łóżka. W skrajnych przypadkach ktoś może zdradzać kogoś co chwilę ze względu na uzależnienie od seksu, mimo że we własnej opinii będzie mniemać, że nie zdradza, bo przecież kocha tylko swoją partnerkę, albo jak nie kocha, to w każdym razie jest z nią najbardziej związany, albo jest od niej uwiązany, bo ma z nią dziecko na przykład. Kto inny za to będzie miał ogromne wyrzuty sumienia za drobne gesty, które przypisze wyrazom uczuciowości niestosownie okazanym osobie zajętej.
Ja natomiast szerzę podejście kantowskie: uważam, że każdy powinien starać się traktować drugiego człowieka, tak jakby sam chciał być traktowany. Oczywiście każdy jest inny, więc z każdym powinna obowiązywać inna umowa. W każdym razie, jako ludzie powinniśmy traktować siebie nawzajem jak jednostki godne szacunku. Wyśmiewając kogoś z boku, albo robiąc kogoś w chuja, sami sobie odbieramy prawo do bycia traktowanym godnie, bo nie zasługujemy na szacunek od tej osoby, której go odbieramy. Najgorsze jest to, że dzisiaj szerzy się instrumentalne podejście do ludzi. Wyśmiewamy naszych partnerów naszym kochankom lub przyjaciołom, a naszych przyjaciół innym przyjaciołom lub partnerom. Nikomu do końca nie można zaufać, co sprawia, że czujemy się totalnie samotni i nie jest dla mnie dziwne, że prawie nikt nie wie, co robić, z kim być, i jak być, skoro związki są tak płytkie, że zagłębienie się w nie grozi utonięciem. Że lepiej pozostać na powierzchni: nie do końca bycia z kimś, niż za dużo z siebie dawać, żeby nie okazało się to utopieniem swoich zwierzeń w obojętności czy też szyderczości tej drugiej osoby.
Co do brzydkich ludzi… Masz rację, że tacy ludzie mają mniej szans na zdradę niż ci „wypięknieni”. Bo nie wystawiają się na pożarcie przez innych. Tylko czym jest piękno? Czy nie jest często iluzją, którą sami tworzymy, żeby zbudować swoją wartość? Więc jeśli ktoś się nie upiększa, to nie wystawia się na „wystawę sklepową”, nie chce być złowiony przez jakiegoś klienta. Ci za to, co się upiększają, to też nie koniecznie są osoby, które chcą być towarem, który ktoś zakupi, ale przez chwilę się uprzedmiotawiają, żeby stwierdzić na jakiej półce leżą. Czy dobry klient po nich sięgnie? Czy tylko byle kto? Albo w ogóle może nikt? Mogą to robić dla zwykłego polepszenia sobie humoru, albo dla samego sprawdzenia ile są warci w naszym świecie, w kapitalistycznym świecie… I mimo wszystko mogą być ocenieni jako chamy i prostaki, że śmią w ogóle wystawiać się na żer innych klientów, skoro w domu mają swojego partnera. Tyle że teraz wypływa na wierzch pytanie: czy mamy na siłę skazywać się na bycie sam na sam jedynie z tym jednym partnerem całe życie? Czy jednak warto pogdybać, co by było gdyby? No bo co by było gdyby jednak ten partner nas zostawił? Albo zdradził, albo wyjechał chuj wie gdzie, albo zmienił orientację seksualną? Albo umarł? Życie nie jest słodkie. Trzeba mieć różne opcje na co by było gdyby… A poza tym, co jeśli nasz związek wpadnie w otchłań wiecznych kłótni, smutku i wzajemnie wyrządzanej krzywdy? Czy chcemy by taka osoba, która nas na co dzień wyzywa, i nie ma do nas szacunku kiedyś dbała o nas gdy będziemy chorować? Czy wolimy żeby nawet nikt przy nas nie był niż ktoś, kto sprawia, że czujemy się słabi, brzydcy, i źli?
Każdy z nas pragnie, by na starość ktoś się nim opiekował. Tylko czy chcemy żeby ta osoba była przy nas tylko dlatego, że się do tego zobowiązał na przykład składając przysięgę małżeńską, albo po prostu będąc typem, który czuje, że powinien coś robić, bo tak wypada; czy wolelibyśmy, żeby to robił z serca? Opieka nad kimś może wynikać z samego współczucia, bo jesteśmy jednak istotami czującymi, ale każdy z nas by wolał, żeby pomoc nie wynikała ani z pobudek materialnych (bo za to coś dostanie), ani tylko z tego, że tak wypada, tylko z naturalnych, naturalnie z serca wypływających. Jakie to musi być poniżenie, że mąż ci pomaga zmagać się z chorobą, podczas gdy tak naprawdę marzy o tym, by żyć z inną kobietą. Że już nas nie kocha na tyle, by chcieć się tak naprawdę nami opiekować (czy na odwrót  żona mężem). Zanim więc dojdzie do wspólnej starości, trzeba się zastanawiać i szczerze oceniać sytuację, czy w ogóle chce się być ze sobą. Żeby nie szerzyć potem nienawiści na przykład rodziny do nas za to, że jesteśmy takimi chujami nie fajnymi dla naszego partnera. A jak coś nie gra, to ja nie twierdzę, że trzeba od razu uciekać. Pewnie, próbuj to naprawić, ale jeśli ci to nie wychodzi, to przyznaj to głośno. Powiedz: „chujowo mi z tym, ale wolę zmienić te meble w sypialni. I ciebie, mój chłopaku/moja dziewczyno, też”. To prawda, że są teraz czasy, kiedy zmieniamy meble tak samo jak i partnerów co kilka lat, albo miesięcy. Ale to nie ma tylko złych stron. Kiedyś nie tylko w największej miłości, ale niestety też i w największych męczarniach, ludzie trwali ze sobą. Tak samo jak i mieli jedne i te same meble, czy były fantastyczne, czy chujowe. Bo nie było wyboru. Dziś łatwiej o zmiany. Oczywiście, cudowne by było, żeby ktoś na kogo trafimy, był z nami do końca świata. Tylko strasznie ważne jest to, żeby ta osoba nas wiecznie wspierała, a my ją. Żeby nie czuć się nikim, tylko KIMŚ. Żeby czuć się wiecznie kochanym, a nie niekochanym… Żeby chciało się żyć, a nawet umierać właśnie z TĄ osobą.
Kiedy się zakochujemy, nasz mózg działa jak pod wpływem narkotyków. W pierwszej fazie miłości, gubimy racjonalność w emocjach wynikających z odpowiedzialnych za to hormonach (fenyloetyloamina, noradrenalina i serotonina) . Później te hormony po wielu miesiącach zamieniają się na inne (endorfiny i oksytocynę), odpowiadające za chęć opieki nad daną osobą i decydujące o bardziej stabilnej i dojrzalszej miłości (co najwyżej ktoś odrzuci wcześniej twoją miłość, to wtedy będziesz się motać w konwulsjach póki się znów nie zakochasz w kimś innym lub zamienisz swoją niespełnioną miłość w stan permanentnej depresji). Aby te późniejsze hormony odpowiednio funkcjonowały ważne jest spełnienie odpowiednich warunków: stres, kłótnie i smutek potrafią definitywnie zabić miłość  (i to nie ja wymyśliłam, to są fakty naukowe). I co wtedy? Wtedy nie ma co oszukiwać samych siebie lub partnera, tylko szczerze mu komunikować, że coś nie gra. Można to próbować naprawiać, żeby wróciły te hormony miłości. Ale one nie zawsze wracają. Czasem kłótnie się potęgują, smutek i stres wzrasta. Wtedy hormony miłości umierają.
Marian, czemu się tak wzbraniasz przed szczerością? Owszem, prawda czasem boli. Ale obudzenie się, że żyło się w kłamstwie boli jeszcze bardziej. Więc nie wyśmiewaj tego, że mówię że trzeba być szczerym. Ludzie są istotami dla których etyka jest bardzo ważna, a szczerość to podstawa etyki.
Każdy z nas nosi w sobie strach przed zdradą, bo nikt nie chce być robiony w chuja. Żebyśmy żyli w jak najmniejszym strachu, powinniśmy zdobywać się na odwagę szczerości i komunikacji tego, co czujemy na bieżąco. A umowy między ludźmi powinny być odświeżane co pewien  czas, powinny być przedyskutowywane, updatowane, w razie potrzeby sporządzane na nowo, lub anulowane, albo palone w piecu.
Człowiek jest smutnym stworzeniem: nie wie skąd się wziął, ani dokąd zmierza. Musi komunikować się z innymi, i by czuć jakikolwiek sens swojego istnienia, aby innych rozumieć, powinien sam starać się jak najwięcej z siebie dać w celu bycia zrozumianym. I starać się nie tylko być szczerym, ale też nie zdradzać innych, żeby nie zabijać w sobie tego, co dobre.
Napisałam we wcześniejszym poście o zdradzie, że zdrada to nie tylko pójście z kimś do łóżka, ale też „pragnienie spędzenia czasu zamiast z osobą, z którą na razie umowa cię obowiązuje, z inną osobą.” Z oburzeniem pytasz, „jakie kurwa „na razie”?” pragnąc, by przyrzeczenie małżeńskie chociażby nas obowiązywało bezwzględnie i na zawsze. I w chorobie, i w biedzie, i w chuj wie czym. Chciałabym, żeby wszystko było tak proste, żeby stwierdzić, że jest na zawsze. Ale wiem nie od dzisiaj, że ludzie zanim trafią na swoje „for ever”, nie raz wpadają w sidła czegoś, co okazuje się, że do nich nie pasuje. Trochę jak z jedzeniem. Może ci się wydawać, że chleb, który kupujesz, będziesz kupować zawsze w tej samej piekarni.  Ale po kilku latach może przestanie ci smakować. Nic nie trwa wiecznie. Nawet twoja ulubiona piekarnia może zmienić składniki chleba twojego, powszedniego, dotąd ukochanego, albo twoje kubki smakowe zmienią swoje upodobania. I wtedy pora na wyprawę do innych piekarni… Po nowy chleb powszedni. W jednej kupisz go tylko raz. W drugiej może zatrzymasz się na dłużej. Ale w którejś może pozostaniesz już do końca świata. I uznasz, ze byłeś jednak głupi i niedojrzały żrąc tak długo chleb z tamtej wcześniej wybranej na tyle lat piekarni. Smutne, wiem. Ale niestety prawdziwe. Bo niestety życie składa się ze wschodów i zachodów złudzeń… Należy mimo wszystko mieć nadzieję, że w końcu z kimś przeżyjesz tę samą iluzję…

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.