Jak pies

connor-irwin-699367-unsplash

Kiedyś miałam siły włóczyć się po świecie, i szukać towarzyszy wędrówki. Myślałam, że z innymi będzie raźniej. I weselej. Codziennie pukałam bezskutecznie do innych domów, w których chowali się przed światem ludzie. Każdy z nich wolał stać w miejscu przy kominku pilnując tego źródła ciepła, niż podbijać świat zabijając swą niewiedzę i jego nieznajomość własnym marszem i dotykiem rzeczy.

Wieczorami z głodu jadłam mój chleb zmurszały, bo nie miałam ochoty niczego przygotowywać dla samej siebie. Wreszcie któregoś dnia pojęłam, że jestem więźniem własnych tęsknot o zrozumienie; o znalezienie kawałka siebie w innych. I że ludziom nie mieszczą się już w głowie czyjeś cierpienia, bo każdego boli głowa. Wcześniej myślałam, że każdy coś znaczy dla innych. Teraz już wiem, że jestem jak pies bez rasy, i nikt nie chce dzisiaj czegoś, co nie ma wartości potwierdzonej na papierze. Poddałam się. Już nie szukam współtowarzyszy losu.

Nie mam już sił na wędrówkę w poszukiwaniu serc. Sama swoje utraciłam, oddając je kawałek po kawałku, dzień za dniem, człowiekowi po człowieku. A myślałam, że jak się nim podzielę, to ono wróci większe, napompowane wdmuchiwanym powietrzem przez przyjaciół, którzy są od tego, by dbać o dotlenienie innych przyjaciół.

Staram się już niczego nie czuć, i niczego nie oczekiwać. Bez sił opadłam na swoim legowisku, jak pies który zrozumiał, że nie ma sensu wysłuchiwać odgłosów z zewnątrz. Bo przecież każdy idzie nie w jego, a w swoją samotną stronę. Nie ma po co merdać ogonem, ani biegać za turlającą się piłeczką. Lepiej zamknąć oczy i wysłuchiwać ciszy: końca cierpienia niecierpliwych uszu. Każdy jest za swoimi drzwiami. Chociaż nie każdy ma kominek.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.