Poboli, poboli. I wcale NIE PRZESTANIE.

Ból

Czy ból jest po to, żebym wiedziała, z czego się składam? Żebym czuła, gdy odpadają mi moje kawałki? Gdy ktoś wyrywa moje paznokcie? Albo ciągnie za rękę czy nogę? Albo gdy komuś innemu oddaję nerkę, a jeszcze innemu serce? Po to, żeby przypomnieć mi, że nie służę do rozdawania, i że powinnam się jednak trzymać w jakiejś całości, zanim pozostanie ze mnie tylko powietrze przeszyte bólem? Tym przeogromnym bólem… (…)

Czy jest szansa zatamować krew, która ze mnie wypływa łzami, gdy ktoś mnie tylko dotknie? I czemu zawsze naiwnie myślę, że czyjś dotyk mnie ukoi? Skoro zawsze, ale to zawsze, powoduje rany? Czemu nabieram się na czyjeś dłonie, skoro mam tak bardzo delikatne ciało? Przecież to, że ktoś mnie obejmuje nie oznacza, że otacza mnie czułością, a zwyczajnie się o mnie opiera lub mną dotyka sam siebie.

Czasem dotyk zostawia blizny, których żałuję i których się wstydzę. A czasem zapach, za którym tak mocno tęsknię, że nie umiem się skupić na zapachu miejsc, w których jestem. Pachnących gdzieś kwiatami, gdzie indziej żywicą, rozgrzaną ziemią, czy słonym morzem. I wącham swoją skórę przypominając sobie dłonie, które go zostawiły, przypominając sobie za zamkniętymi oczami twarz, która przynależała do tych dłoni. W których chciałam się cała zmieścić.

Czy jak ktoś patrzy w moim kierunku, widzi na pewno mnie? Może tylko patrzy w przestrzeń, w której kiedyś stałam? A teraz jest po mnie tylko ta pustka, której nikt nie rozumie. I nikt nie wypełni. Bo przecież nie da się wypełnić czegoś, co już NIE ISTNIEJE. Ani nie da się zrozumieć czyichś słów, które się same wyrywają z piersi, która przestała bić. Wszystkie moje słowa układają się w wiersze, które czasem szumią między drzewami, ale nikt ich nie słyszy, bo rozlały się na wietrze jak niewidzialna układanka z liter.

Pragnę tak wiele, ale zamieniłam się w ból, w którego więzieniu przestałam marzyć o życiu. Nie rozmawiam o moim cierpieniu, a jeśli w ogóle, to rzadko, bo jak się o czymś rozmawia, to to istnieje, a ja zaklinam rzeczywistość by przestało istnieć. Gdy o nim mówię, daję mu się poczuć. Przyzwyczaiłam się do niego na tyle, że gdy znika, przeżywam euforię, że mogę wreszcie ruszać wszystkimi częściami ciała bez ich odczuwania. Czuję się wtedy taka lekka. Ale ból wraca przypominając mi, jak wszystko co w życiu jest ciężkie. Czy to ramię, czy to udo.

Moim największym pragnieniem jest przestać czuć cierpienie. Ale czy ominę je omijając ludzki dotyk? Czy ominę je omijając ludzkie słowa? Czy ominę je owijając się moim lękiem, który przecież przed niczym wcale mnie nie kryje?

Kiedyś wierzyłam, że „poboli, poboli, i przestanie”. Ale już nie wierzę w bajki. Nie przestanie. Póki żyję. Bo póki jestem – bolę… Nawet jeśli składam się z coraz mniejszych ilości kawałków.

Photo by Adam Flockemann on Unsplash

You may also like

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.