Zagubione myśli, zagubiona ja…

kartyyyyyyy

Zrywam się codziennie z łóżka obudzona prośbą dziecka o podanie mleka. Daję małej to mleko, i parzę sobie kawę i herbatę (zawsze jedną popijam drugą), i tak ciągnę do końca dnia, na kilku nieodłącznych dla mnie tego typu zestawach. Włączam głośno muzykę, żeby pobudzić swoje zmysły, żeby nie myśleć, że jest jakkolwiek źle, że nie mam sił, albo uczuć żadnych poza znudzeniem i niespełnieniem, co często uświadamiają sobie kobiety na pewnym etapie swojego życia, gdy gdzieś utkną, i uznają, że wraz z tym utknięciem zatrzymały się też jej wszelkie uczucia, że są tak samo pogrzebane jak ona, gdzieś głęboko pod piachem, jaki codziennie na nią się sypie, tak jak wszelkie obowiązki, których wcale nie widziała przed tym, jak wybrała tu to miejsce na tej pustyni marzeń myśląc, że odpocznie, nie rozumiejąc że odkopywanie się spod piasku obowiązków jest niekończące się i męczące jak podróż przez Saharę.
Przy muzyce szybko preparuję kanapki dla dzieciaków do szkoły. Żeby znaleźć im pudełka na śniadanie do szkoły rytualnie wywalam na podłogę zawartość szafki, żeby dokopać się do pudełek i pasujących do nich pokrywek (i jak zawsze obiecuję sobie, że w końcu tak posprzątam tę szafkę, żeby nie tracić codziennie czasu na jej przetrząsanie). Gdy wyprawię starsze dzieciaki do szkoły i zostaję tylko z małą 2-letnią córką, dla której rzuciłam pracę, zapłakując się, że spędzam 9,5 godziny poza domem na pracowaniu i dojazdach, i nawet nie powiem, że nie wiem kiedy zacznę żałować, że oddałam ją do żłobka w wieku 1,5 roku, bo wiem kiedy: już żałuję. Więc żeby jeszcze bardziej nie żałować, pierdolę pracę, karierę, pieniądze, społeczne układy, wyżyny towarzyskie, własne spełnienie zawodowe oraz „troskę” rodziny i przyjaciół o moje plany, na rzecz wspólnego jedzenia śniadanka z małą istotą, która gdyby umiała już mówić, powiedziałaby mi, że się cieszy, że wybrałam wspólne spacery z nią do sklepu mięsnego i warzywniaka w dresach i bez stanika, zamiast samotnego biegu na obcasach i w gorsecie do świata iluzji społecznych relacji, za co czekałaby mnie nagroda w postaci tak samo iluzyjnych pieniędzy. No i zazwyczaj jak dochodzę do sklepu z moją małą, przeszukuję torebkę i wózek, i plecak w poszukiwaniu portfela. Następnie przechodzę do poszukiwania w tymże portfelu karty kredytowej. Najczęściej jej nie znajduję. Wtedy ponownie przeszukuję wózek, swoje, a nawet w akcie desperacji nawet dziecka kieszenie, i w końcu często poddaję się i siadam pod sklepem, i gdybym paliła, to bym papierosa chętnie odpaliła, ale nie palę, bo nie lubię palić, ale wyobrażam sobie że palę i staram się skoncentrować: „Gdzie ja znów do kurwy nędzy zostawiłam tę kartę? Czy byłam wczoraj z jakimś innym plecakiem/torebką/jakimś może innym z mojej trójki dzieckiem w sklepie? I w jakich to ja sklepach byłam dzień wcześniej? Bo najpewniej tam właśnie zostawiłam tę kartę. Chociaż jest też zawsze szansa, że w domu, gdzieś przy wejściu, jak od razu na przykład wyjęłam swoje rzeczy na ziemię z plecaka i torebki, co jest w moim zwyczaju, żeby coś innego dla przykładu znaleźć. Taki przykład stanowi TELEFON…. (Oj, telefon to jest temat rzeka… On to jest zawsze zgubiony, do tego często wyciszony (no bo może w ciągu dnia zbudzić moje dziecko), albo co gorsza z prawie wyczerpaną baterią. W jego poszukiwaniach pomagają mi przyjaciele z facebooka, bo zawsze odpalam kompa i piszę w akcie desperacji do kilku znajomych prośbę o sygnał. Tak, właśnie tak. Jak wariatka. Myślę, że częstotliwość moich poszukiwań telefonu wynika z tego, że jednak telefonu używam dużo częściej w rozkładzie dnia niż portfela. No i nie tylko ja akurat stanowię przyczynę jego ciągłego zagubienia. Moje dzieci… Bo one też przyczyniają się do zagubienia portfela, ale jednak jakby je spytać, to na razie wolą zabawę telefonem niż portfelem, chociaż był etap, że najmłodsza córka nie mogła po prostu żyć bez zabawy kartami z portfela i w razie gdy znudzona czekała ze mną w jakiejś kolejce w sklepie, czy u lekarza, to wyjmowałam jej te wszystkie karty często słysząc przytyki innych starszych dam, albo widząc ich negujące spojrzenia, jak tak można dziecko rozpuszczać.
Więc często odnajduję ten mój telefon gdzieś pod kołdrą czy pod łóżkiem lub w innych miejscach, w których dobrze się gra w gry i ogląda zdjęcia, jeśli sprawcami są moje dzieci. A jeśli ja, to jeśli nie przy wejściu, na ziemi, czy szafce, to najpewniej albo w kiblu, gdy zaraz po wejściu zachciało mi się siku, albo w kuchni, jak mi się kawy zachciało szybciej niż tego siku, albo w którymś z pokoi, jak mi coś się przypomniało od razu po wejściu do domu.
I tak siedzę i myślę, i zastanawiam się, czy gdybym rzeczywiście paliła tego papierosa, to szybciej by mi się przypomniało, czy też tak samo bym była zagubiona w swoim przypominaniu sobie, w chodzeniu po mojej pamięci, jak w przewijaniu starych taśm dźwiękowych w poszukiwaniu chodzącej po głowie jakiejś piosenki. Mała już jęczy, że chce jeść, a ja nie mam nawet gotówki, żeby jej coś kupić, mam tylko miliony kart rabatowych/klubowych i pokaźny zestaw kart dużej rodziny. I tak rozmyślam, że chcę, żeby mi jakiegoś czipa ktoś wszył w moją skórę z tymi wszystkimi możliwościami rabatowymi i płatniczymi wszystkich tych kart ulotnych i codziennie zagrożonych bezustannym zaginięciem. Pocieszam dziecko:
– Mała, wracamy do domu, zaraz ci dam jeść… – i gdy tak idę, oświecenie na mnie spada, że w Żabce dzień wcześniej byłam wieczorem, sama pobiegłam po chleb, żeby kanapki rano móc zrobić! No i zaglądam do Żabki, a tam Pani szczerzy zęby na moje pytanie, czy może karty tu nie zostawiłam i wręcza mi tak upragniony w dzisiejszych czasach przedmiot.
No i z ulgą, jaką zawsze odczuwam gdy coś znajdę (zastanawiam się, czy ja przypadkiem lubieżnie dla tego niesamowitego uczucia ulgi nie gubię w kółko rzeczy) wracam przypominając sobie historię z portfelem sprzed tygodnia z tego samego sklepu gdy portfel zamknęłam w lodówce z piwem…
Dużo razy mi się zdarzyło, że ktoś gonił za mną gdy już wyszłam ze sklepu, żeby oddać mi ten przedmiot. Raz nawet ekspedientka z Lidla… To mnie wzruszyło, mam nadzieję, ze nie dostała nagany za opuszczenie stanowiska prascy na rzecz mamy trójki dzieci.
No i jak w końcu zrobię te zakupy, i wypakuję je w domu, i dam jedzenie dziecku, to zaraz robię obiad, no bo tak wypada, bo niestety ludzie muszą coś jest, a wcale to nie jest mój powód do szczęścia bo myślę, bo ja w tym nie znajduję tej chorobliwej satysfakcji samouwielbienia nad własnym gotowaniem. I nie rozumiem tego fenomenu, że można się zachwycać tą czynnością, tak bardzo bliską ludzkiej fizjologii. Przecież gotowanie to preludium do robienia kupy.
No i gdy skończę tę kojarzącą mi się z fizjologią czynność, to sprzątam nigdy nie wierząc, że można codziennie podnosić ciągle te same zabawki z ziemi, albo prać codziennie te same ciuchy i mam wrażenie że nawet kurz ten sam co wczoraj zmiatam z podłogi. Codziennie uznaję, że i tak nie da się tu do końca sprzątnąć stajni Augiasza, więc siadam do swojego pisania, które jest moim hobby bez korzyści finansowych. Ale nie mogę sklecić zdania, bo dziecko co chwilę wymaga podania nie tej, tylko innej książeczki, nie tej lecz innej kanapki, potem kredek, banana, wody, nocnika, aż w końcu mówi, że chce spać. I wtedy mam godzinę dla siebie! Mam wybór: albo będę teraz prasować, albo pisać. Ciężka decyzja, tak czy siak wyrzuty sumienia pozostają, że wybrałam to, a nie co innego. Gdy dziecko wstanie, muszę zajrzeć na pocztę lub do banku, umówić dzieci lub siebie do lekarza, bo statystycznie tak raz na tydzień jakiegoś lekarza trzeba umawiać. No i odebrać dzieciaki ze szkoły, obiad im wydać, lekcje zrobić (to już do końca dnia będzie temat przewodni), zaprowadzić na zajęcia dodatkowe – jedno w jednej części miasta, drugie w drugiej, sprowadzić do domu gdy jęczą, że są zmęczone, i jedno chce iść na plaże, drugie na lody, trzecie na plac zabaw. Gdy ich tata jest już w domu, to zakładam adidasy i idę biegać. Żeby odpocząć po tym nic nie znaczącym dniu. I znów czuję ten bezsens. Nic nie zrobione do końca: do lekarza nie udało mi się dodzwonić, lekcje ciągle wiszą nad nami, z mojego pisania zdążyłam zapisać kilka zdań wyrwanych z kontekstu, nawet nie wiem czy do książki się nadadzą czy też do mojej listy wordowskich plików, z którymi nie wiem co zrobić, ale są zbyt piękne, żeby się z nimi pożegnać. No i bałagan jak był, tak jest, może mniejszy, ale jak wrócę z biegania, znów będzie większy. I tak biegnę starając się zapomnieć o bezsensie tej codziennej gonitwy, w której i tak na planie pierwszym jest zawsze moja karta kredytowa. Na której i tak bez męża miałabym zero złotych. A nie każda laska ma ochotę być z mężem swoim do końca życia. I to uczucie jak mało znaczysz w tym świecie, gdy nie zarabiasz, a na dodatek nie robisz tego co się podjęłaś dobrze, jest tak chujowe, że nawet przebiegnięty maraton nie jest w stanie odebrać myślenia o własnej chujowości. I do tego wiem, że każdy czuje do mnie pogardę: od rodziny poczynając, przez lekarzy, sklepikarzy, różnych ludzi robiących karierę, kończąc na dzieciach, które nie wiedzą co odpowiedzieć, gdy ktoś ich pyta, co ich mama robi. No bo opieka nad ich młodszą siostrą, przecież to nie jest żadne zajęcie. I tak szukam w nieskończoność w swoich zagubionych myślach zagubionej siebie, mając wielkie trudności z uznaniem, że znaczę cokolwiek skoro odrzuciłam bezczelnie najwyższą wartość dzisiejszego kapitalistycznego, zagonionego w biegu po różne karty płatnicze i rabatowe, świata. Ja wolę pchać wózek za dnia z największą wartością dla mnie: dzieckiem, a wieczorem gonić za motylami w tym kierunku, w którym pcha mnie wiatr, żeby nabrać powietrza w płuca na kolejny tak samo lekki i przyjemny dzień opieki nad trójką dzieci, gdzie będę potykać się o kolejne przedmioty w moim mieszkaniu i ze względu na zagubienie kolejnych przedmiotów będę siadać na ulicy, żeby pomyśleć, że fajnie by było sobie zapalić, gdybym tylko lubiła palić.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.