A krzyk ciała zamienię w książkę

FB_IMG_1605944511062
Gdy byłam mała nigdy nie płakałam. Jak już było mi bardzo źle, zagryzałam mocno usta, i zatykałam emocje na poziomie gardła, które bolało mnie tak jakby coś się w nim zakleszczyło. (…)
Zawsze miałam ten dychotomiczny problem, że mam za duże emocje, a zarazem, że chcę nad nimi wyśmienicie panować. Od zawsze moje ciało odpowiadało somatycznie różnorakim bólem na moje niecne (a w gruncie rzeczy idiotyczne) próby zamaskowania tego, co we mnie drzemie. Ale w końcu wybuchłam. Blogiem wybuchłam pod wybuchowym tytułem Matka Kurva Polka. Wbrew zwyczajom, wbrew temu, że to „zagrozi mojej karierze”, że „utracę przyjaciół”, i będę wyklęta przez rodzinę, która w odróżnieniu ode mnie odnosi różne sukcesy, których ja nawet nigdy nie dotknę, bo tak jestem nisko. Ale czasem nie boisz się upaść – wtedy gdy w swojej bezsilności i tak leżysz na wznak. Ci, którzy schylą się wtedy do Ciebie, to są Twoi prawdziwi przyjaciele, a nie Ci, którzy patrzą na Ciebie tylko wtedy gdy udaje się Tobie wysoko wzlecieć.
 
Tłamszenie emocji jest złe i dla nas samych, i dla innych. Bo okłamujemy innych. Mam dość już kłamania innych, że jestem opanowana, i stosowania stonowanego tonu, wtedy gdy wcale stonowana być nie chcę. Bo ja chcę wolności. Chcę zacząć nazywać to czego staramy się nie nazywać: naszą złość, nasz smutek, nasze lęki, opisać stan depresji, stan rozpaczy, dotknąć tego, czego ludzie generalnie brzydzą i wstydzą się dotykać. Dotknąć nas. Gdzieś głęboko. I wydobyć to na wierzch. Wybebeszyć. Mam dość tego, że wszystko ma być takie poukładane, zawoalowane w sztuczny celofan. Ja wyjmuję ze zgniłości folii moje naturalne wnętrze: serce i flaki. I pokazuję szczegółowo z każdej strony: o tu boli, tu zniszczone, tu naruszone, a tu chore. I tak piszę. Z premedytacją emocjonalnie. Ze świadomością, że pyszałkowaci cynicy mają ubaw, że ktoś aż tak potrafi się wystawiać na pośmiewisko. Bo dzisiaj mówić o uczuciach, to żenada. I one powoli w nas wszystkich zamierają, albo cichną, czasem wybuchając ciałem: bólem głowy, kręgosłupa, mięśni, stawów. Chciałabym ożywić uczucia w innych, bo wtedy świat byłby prawdziwszy i piękniejszy. Pokazać, że mimo, że się ich boimy, to one są piękne. I warte wspierania. A jeśli będziemy je ciągle tłumić, to tak jedynie leki przeciwbólowe o wielkim natężeniu będą nam mogły pomóc przetrwać. Ale czasem leki nawet nie pomagają. A możnaby wyjść z tej sytuacji bez leków. Więc staram się pogodzić z moimi emocjami, zaakceptować ich egzaltowaną frywolność. Bo mam dość już bólu. Całe ciało mnie boli od tego kłamania, że wszystko jest dobrze. I o tym właśnie piszę. I tak właśnie piszę. Mocno, z naciskiem na to, co czuję, nawet gdy bardzo tego bym nie chciała czuć. Żeby nazwać to, co zapominamy jak się nazywa, bo o uczuciach tak naprawdę bardzo ciężko się mówi, a jeszcze ciężej pisze. One zawsze wydają się tak żenujące, tak trywialne, tak prostackie. A wcale, ale to wcale takie nie są. To że są naturalne, jest cudowne: są naszą prawdziwą stroną, której często nie doceniamy. I ja właśnie swoim pisaniem oddaję cześć naszym uczuciom, które stłumione potrafią potem uderzać w nasze ciało, czego my często nie rozumiemy i ignorujemy.
 
W dzisiejszych czasach bycie emocjonalnym to frajerstwo. Panować nad emocjami – to jest coś, czego uczymy się od dziecka, i do czego jesteśmy ciągle przystosowywani. Niezrównoważenie emocjonalne to coś, co nas określa wykluczająco. Ci, którzy panują nad swoimi uczuciami są najsilniejsi. A z nich najwięcej osiągają Ci, którzy potrafią sterować czyimiś emocjami, udając własne – Ci, którzy wyczuwają, kto jest słaby emocjonalnie, kto jest łatwo sterowalny, i kim można manipulować dla osiągnięcia swoich własnych celów. Często haniebnych. I zawsze w sposób nieszczery, okrutny, bez empatii, bez współczucia dla tych, którym wyrządza się krzywdę pomiatając ich jako gorszych, słabszych, bo właśnie zbyt szczerych w okazywaniu własnych uczuć.
 
***
 
Piszę właśnie książkę nie zapominając o tym właśnie, by emanować uczuciami na każdej stronie i ogromnie mi miło, że zostało to docenione przez Miasto Sopot, w którym mieszkam i wyróżnione stypendium artystycznym. Dostałam motywację w postaci tego stypendium do napisania książki o naszej pandemicznej rzeczywistości, i by wreszcie posklejać w całość moje notatki i myśli, i wypuścić je w świat, z głównym przesłaniem, że NIE MUSIMY BYĆ IDEALNI, ale MUSIMY BYĆ DOBRZY. I nie W CZYMŚ, ale DLA INNYCH. I – DLA SIEBIE.
 
„Dziennik Pandemiczny polsko-sopockiej Bridżyt Dżones” będzie stanowić zapis w formie pamiętnika z pandemii koronawirusowej samotnej matki dwójki dzieci (w tym jednego z Zespołem Aspergera) która porównuje rzeczywistość pandemii do jej osobistej rzeczywistości – codziennej pracy zdalnej z domu połączonej z wychowaniem dzieci. Książka ta będzie poruszać problem poczucia wykluczenia społecznego kobiet z dziećmi z kręgów towarzyskich, które dotyka kobiety przebywające na urlopach wychowawczych lub decydujących się na odejście z pracy, albo na pracę z domu. Poruszać w niej będę też problem niepełnosprawności: problemów jakie dotykają osób z jej kręgów, poczucia osamotnienia w wychowaniu trudnego i chorego dziecka.
 
Dopiero pandemia pokazała wszystkim, że pobyt w domu to nie są wakacje, ani odpoczynek. Że jednak zamknięcie bardzo źle wpływa na samopoczucie. Nagle gdy wszyscy wreszcie jęczą, że jest im źle w domu, wskazując minusy bycia non stop w zamknięciu, bohaterka książki dostrzeże, że jednak nie ma urojeń na tle odczuwanego wyobcowania. Bohaterka jest sopocianką, która póki nie było obostrzeń korzystała w wolnych chwilach z zasobów Sopotu: klubów, pubów, siłowni, spa. Wspominać ona będzie życie weekendowe i wakacyjne, gdzie nierealność zabawy przyćmiewała szarą rzeczywistość i odkryje, że w sumie jest w podobnej mierze nieszczęśliwa mimo odebranej możliwości dyskotekowej zabawy, którą zagłuszała swoją prawdziwą rzeczywistość. Dziennik ten będzie też zapisem tęsknoty do miłości oraz pokaże, jak samotne matki są postrzegane przez mężczyzn – jak łatwe zdobycze, o które nie warto zabiegać, stracone na każdym polu – zarówno zawodowym, jak i prywatnym.
Dziennik ten ma pokazać różne obsesje kobiety – w miłości, w odchudzaniu, w sprzątaniu, w wychowywaniu dzieci – kobiety, która z niczym sobie nie radzi, chociaż usilnie próbuje zapanować nad swoją rzeczywistością zarówno wewnętrzną – uczuciową, jak i zewnętrzną – fizyczną. Ukaże ją jako żałosną w swoich zabiegach poprawienia swojego losu, a jednak pogodzoną z tak smutną rzeczywistością i nie wymagającą niczego więcej, bo myśli że na nic więcej nie zasługuje. Gdy wszyscy powoli wracają do normalności, ona pozostanie zamknięta nadal w domu, jak na kwarantannie, z marzeniami o innym życiu, lecz ze świadomością, że te marzenia są realne tylko w jej snach. Podobnie jak zmiana realiów politycznych w jakich żyje, i jakie stanowią tło pandemii.
 
Książka nawiązywać będzie bezpośrednio do „Pamiętnika Bridget Jones” autorstwa Helen Fielding, naśladując poczucie humoru głównej bohaterki. Jak przystało na Matkę Polkę, zamkniętą z dziećmi w czterech ścianach od lat, nie ma aż tak wielu możliwości poznawania facetów, a sfera w jakiej się może obracać to sfera marzeń.
 
W książce tej podejmę problem nie tylko starzenia się kobiet (czym inspirował mnie Michel Houellebecq w swoich książkach), podkreślając jak spada ranga kobiet wraz z ich wiekiem. Zamierzam poszerzyć jego pole widzenia o to, jak rola mamy odbiera seksualność kobietom, oraz pokaże jak ich postrzeganie przez mężczyzn zostaje zaburzone poprzez pryzmat macierzyństwa.
 
Książka ta będzie zapisem przeżyć związanych z pandemią i kwarantanną, ale pokaże też głębszy problem, z którym boryka się na co dzień wiele kobiet: samotność w domu i brak zrozumienia dla sytuacji zamknięcia. Poprzez ten dziennik chciałabym zmienić ogólnie przyjęte spojrzenie na samotne matki jak na wygłodniałe mężczyzn hunterki. I wydrwić sposób w jakie są często traktowane takie kobiety: jakby nie były nikim innym poza matką. Staram się niszczyć schemat „Matki Polki Idealnej” – dać możliwość bycia nie perfekcyjną, choć przecież kochającą swoje dzieci matką. A także zwrócić uwagę na problem jakim jest bardzo częste wykluczenie matek z pola zainteresowania mężczyzn, gdzie nawet już nie nasza metryka, która też nas przekreśla, ale nasz „biologiczny spadek” sprawia, że przestajemy być atrakcyjne. Dzieci, które są spełnieniem naszych kobiecych marzeń, stanowią niestety dla facetów przeszkodę w miłości. Myślę, że książka ta może wpłynąć na dyskusje społeczne na ten temat.
 
Wiem, że moim sposobem pisania, a także myślenia, w pewien sposób prowokuję. I mam nadzieję, że osoby, które nawet stronią od nowoczesnego stylu i od nowoczesnego języka, w którym wulgaryzmy są dość częstym środkiem ekspresji emocji, pojmą ich uroczy wymiar, i polubią je – bo mimo, że kojarzą się z grzechem, to trzeba dostrzec też piękną stronę grzechów. Bo grzech może być niegroźny, a nawet dobry, jeśli jest użyty w dobrym celu. A ja za ten cel uważam oswobodzenie ludzi z trudu jakim jest udawanie bycia idealnym i dążenie do perfekcjonizmu, które wywołuje często nerwicę i wiele zaburzeń. I uwrażliwienie ludzi na krzyk własnego ciała: które woła byśmy wsłuchali sie w nasze emocje, i je respektowali, a nie ciągle przygniatali ciężarem społecznych zwyczajów i ugrzecznionych odpowiedzi, na które niekoniecznie mamy ochotę.
 
Teraz to ja już muszę wydać wreszcie jakąś książkę, których strzępy trzymam na wielu szufladowych dyskach, bo za bardzo się boję, że nigdy nie staną się realne. KOCHAM SOPOT za to TO, że mogę być tu sobą i być w pełni wolna, a przy tym docenione jest to co robię i co myślę. I mówię otwarcie o tej miłości do tego miasta, bo tak jak mówiłam – jestem żenująca w swoim rozemocjonowaniu, i nic na to nie zamierzam poradzić… 😉

 

 

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.