W obronie szczęścia

kobieta i morze
Każdy ma czasem ochotę wyć jak zwierzę. Wypuścić emocje z dławiących się nimi płuc. Ciężkie to jest do zrobienia wśród ludzi, by nie okazać swojej słabej natury dającej upust zwierzęcym instynktom, które rozpracowywaliśmy na przestrzeni wieków, żeby stać się bardziej ludzcy: załamani, chowający swoją naturę na uwięzi pod piękną, choć niewygodną, maską społeczną. Ale gdy w końcu nadarzyła się sposobność i mogłam wreszcie wypuścić moje emocje na dwór, wybiegać je, wymęczyć, osłabić ich moc i szaleństwo, to oczywiście kurwa napotkałam przygody, które nie dały im tam swobodnie zmienić swój temperament na bardziej przyswajalny przez ludzi. Tak jakby mało mi było tłamsić cięgle moje egzystencjalne bóle i chujowe marzenia pod ciasną bluzką w rozmiarze 36, bo nie pogodzę się kurwa nigdy z tym, że powinnam nosić jednak 38. Nie, i koniec. Niech mi wystaje fałda, czy dwie mojego niezgodnego z moją wyobraźnią o nim, ciała, spod bawełny, ale nie poddam się, póki jej nie podrę, i będę się z nią utożsamiać i zamieniać w rozfantazjowaną dosłowność moje wyobrażenia na temat mojej chudości i zajebistości.

W tym stanie rozemocjonowania dobiegłam w zapadających ciemnościach tak charakterystycznych w listopadzie dla godzin popołudniowych, do tego morza ciemnozimnego, otoczona jeszcze czarniejszymi myślami bez żadnego światełka do wyjścia z ich tunelu. I wreszcie zaczęły ze mnie skapywać łzy. Mój bieg zamienił się w rodzaj upadku, wiecie no, pochylona sylwetka, nogi ledwo wlokące zapłakane ciało. Zagubione myśli gubiły kierunek mimo że linia morza jest stosunkowo prosta do ogarnięcia. Zatrzymywałam się jakbym szukała dalszej drogi. A ta droga wydawała się taka bez sensu. Z ciemności w ciemność. Dość nihilistyczny kierunek. Upajałam się tym moim płaczem, czerpiąc radość z tego, że mogę pobyć na zewnątrz bez maseczki, bo w niewielu miejscach, ale nad morzem można sobie na to pozwolić. W pewnym momencie zatrzymałam się, by pochylić się nad taflę wody i wymyć moją twarz słoną jak moje łzy wodą. Wtem do mojej pochylonej osoby podbiegł dużych gabarytów pies i zaczął szczekać na mnie mocno. Jego głos zagłuszała muzyka, której słuchałam przez słuchawki. Nadawałam sobie bezsens mojemu życia uważnie dobierając nastrój tego co puszczam do wewnętrznej aury, żeby przypadkiem nie przyszło mi do głowy wydobyć się z tej ciemności weselszymi nutami.

Było mi w sumie obojętne, czy mnie ten pies pogryzie, a nawet może bym chciała, żeby mnie połknął żywcem. Jednak okazał się nie mieć takich zamiarów, tylko dalej uporczywie szczekał przeszkadzając mi w upajaniu się uwznioślającym smutkiem. Uczepił się i krążył wokół mojej pochylonej nad wodą sylwetki nie mieszczącej się w rozmiarze 36. Zdziwiona byłam, że akurat  mnie się uczepił, bo ja uwielbiam psy i raczej się ich nie boję, i zazwyczaj one mnie też lubią, a nie obszczekują wtedy gdy akurat nie mam ochoty kierować na siebie niczyjej uwagi. Modliłam się, żeby wreszcie przestał i sobie poszedł, i żeby jego właściciele mnie tym bardziej nie przepraszali za jego zachowanie, bo nie chciało mi się wysmarkiwać żadnej odpowiedzi. W dźwiękach muzyki zagłuszającej nawet moje własne myśli, a także szczekanie psa, usłyszałam zdecydowanie za blisko jak na moją potrzebę bliskości innych (czyli jej brak), głosy ludzkie, zwracające się, ku powiększeniu mej rozpaczy, do mnie. Coś, że nie wiedzą czemu tak szczeka i że przepraszają chyba, i żebym się nie bała. Żeby nie zdradzić im swojego chujowego stanu, nie odwróciłam się do nich, tylko dalej dotykałam dłońmi wody, i obmywałam dalej swoją twarz, wyobrażając sobie którymi torami zmarszczek popłynął tusz z moich rzęs, żeby zetrzeć ślady mojej rozpaczy zanim wyląduję z nimi na rozświetlonym Monciaka. Mimo głosów, które chciały ze mną wejść w dialog, dalej topiłam się  w myślach i łzach, ze wzrokiem utkwionym w horyzoncie. Nie chciałam psuć sobie tego widoku gatunkiem, z jakiego się wywodzę, który kojarzy się z różnymi wynalazkami, z czego najbardziej doniosłymi są manipulanctwo i kłamstwo. Paradoksalnie ci ludzie przeszkadzali mi zagłębiać się w mych czarnych myślach na ich własny temat. W końcu wyrósł zaraz przy mojej twarzy młodzieniec i odciągnął psa, i w tle mojej rozsierdzającej smutek muzyki, usłyszałam jak odkrywczo mówi swojemu towarzyszowi, że pies szczeka bo ja płaczę. Rozwikławszy tę zagadkę, pochwalili psa za dobre zachowanie. W swym zażenowaniu postanowiłam uciec z miejsca, w którym chciałam przecież być sama, a niechcący zdobyłam gapiów. Odbiegłam stamtąd starając się na nich nie spojrzeć, co ułatwiała mi ciemność, łamana jedynie światłem dobywającym się ze statków ze strony morza, i światła od strony miasta, a także ze strony  gwiazd, które tak wielkie, a tak mało znaczą w porównaniu z naszą elektrycznością, którą udowodniliśmy Bogu, że jesteśmy tacy boscy, że damy radę każdą naturalną przeszkodę życiową pokonać artefaktami.

I ruszyłam dalej biegiem wzdłuż linii morza, by wyprowadzić emocje z tego przystanku, na dalsze etapy tej drogi do ich wolności wyrażania się biegiem, płaczem, rozpaczą. Zostawiłam tego dnia dużo moich łez w morzu, co przy ich składzie NaCl jest mało znaczące dla wszechświata, ale dla mnie to taka ulga, bo ich sól była dla mnie strasznie ciężka i cieszę się, że mogłam ją wysypać z siebie. Dziwię się, że czuję się dużo lżejsza, a jednak nadal ta moja bluzka 36 jest taka na mnie opięta.

A ten pies… Zła byłam na niego, że nie daje mi w spokoju płakać. A jednak to on mnie uratował z otchłani pierdolonej rozpaczy. Jako jedyny wyczuł, że coś ze mną jest nie tak, i nie pozwolił mi utonąć w moich łzach. Czuł, że jestem już głęboko, i alarmował wszystkich o tym, że potrzebuję pomocy. To dało mi siły by biec dalej, bo tak nie wiem, czy nie pozwoliłabym memu ciału pozostać w roztworze NaCl na tyle długo, by się w nim rozpuścić i zamienić całkiem w ciecz. A muszę przecież pozostać jeszcze bytem stałym. Nawet jak nie dla siebie, to dla innych, bo wynikłe ze mnie inne ciała stałe też są stałe tylko dzięki mojej stałości. Mimo, że to bardzo przyjemne pluskać się we własnej meduzowatowości, trzeba czasem zebrać amebę i zamknąć w skorupę składającą się z ciasnej bluzki o rozmiarze 36. Określoną rozmiarem zakreślającym granice bólu.

Czasem coś co nam przeszkadza, może okazać się naszym ratunkiem. Za małe bluzki pomagają, by skupione pod nią uczucia nie rozrosły się jeszcze bardziej. A udawany uśmiech sprawia, że mózg zaczyna na niego reagować wytwarzaniem endorfin. Trzeba nabrać wprawy w uśmiechaniu się mimo smutkowi. Tylko tak da się go zabić. Żeby on nie wygrał z nami: i nie zabił nas i naszej umiejętności uśmiechania się mimo wszystko. 

To trudne tak ciągle trzymać uśmiech na twarzy, ale to naprawdę działa. Im bardziej coś się udaje, tym bardziej realne to się staje. Człowiek tym różni się od zwierząt, że steruje nie tylko tym co czuje, ale też tym co chce czuć. I na przekór powodom łez, można zamienić je na powód do bycia silniejszą, dającą radę coraz dalej i szybciej biec, mimo niepokornego ciała, i mimo niepokornych emocji. 

A dzięki maseczkom, które teraz trzeba nosić nie trzeba nawet go nakładać na siebie. Tylko udawać, że się kryje pod nimi. A jednak nawet pod maseczkami powinniśmy się uśmiechać – bo nie uśmiechamy się tylko dla innych, ale przede wszystkim dla siebie. Fake it, fake it, until you make it…

 

Photo by Nicolas Prieto on Unsplash

 

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.