Zaburzeni emocjonalnie wariaci – ARTYŚCI

amin-moshrefi-QgPAJwiEfxM-unsplash

Żyjemy w czasach, w których uczeni jesteśmy od dziecka tłumienia własnych emocji. Bycie twardym to dzisiaj komplement. I tym jesteśmy twardsi, tym jesteśmy więc i lepsi, im bardziej potrafimy zapanować nad własnymi emocjami. (…)

Żeby pozostać choć trochę ludzkim musimy tylko umieć chodzić po powierzchni emocji. Politycy są uczeni przedstawiania współczucia (bez konieczności przeżywania), w korporacjach powstają działy Corporation Social Responsibility, które zmiękczają wizerunek rządzącego nami kapitalizmu poprzez niesienie pomocy potrzebującym, zbiórki dla biednych, organizacja imprez sportowych na rzecz chorych, czy potrzebujących pomocy. Ta potrzeba czynienia dobra, gdzie altruizm zaczyna być wątpliwy, bo staje się wręcz monetą transakcyjną, to jeszcze oznaka ludzkich uczuć. A co czują artyści, którzy uzewnętrzniają wszystkie swoje flaki na co dzień? Wiadomo, że krytyka boli każdego, ale artystę najbardziej. Jeśli ktoś pracuje tylko w godzinach od do, i ma w sumie gdzieś pracę po pracy, nie zrozumie artystów, którzy często tworzą z potrzeby serca, nie zwracając uwagi nawet na zarabiane pieniądze, tylko skupiają się na pracy twórczej, a potem dopiero na końcu na marketingu dotyczącym tej pracy. I przez to mają często marne wyniki – nie dlatego, że tworzą źle, tylko że nie dbają odpowiednio o swój pr. Wygrywają często sprytniejsi, a nie lepsi.

Artyści otwierają się często aż za bardzo. Dają siebie innym na dłoni – swoją krew, swoje łzy, tęsknoty, marzenia.  Z tego wszystkiego bardzo łatwo drwić, jak z wszystkiego co świadczy o naszej miękkiej konstrukcji wnętrza. Tak samo ciężko się mówi, pisze, śpiewa, maluje, to co emocjonalne, ukazuje smutek, słabości, lęki. Łatwo uznać, że to użalanie się nad sobą, wydrwić, że coś jest pamiętnikiem, rodzajem autoterapii, a wszystko to jest „such a cliche”. Przestajemy coraz bardziej mówić o uczuciach. Nastąpiła tinderyzacja stosunków nie tylko męsko-damskich, ale w ogóle ludzkich, gdzie każdy sobie jest tylko chwilą, przystankiem przed kolejnym wyzwaniem, przed kolejnym szczytem, albo wzgórzem. Gdzie odzywamy się do siebie póki czegoś chcemy, łatwo tracimy zainteresowanie, i przechodzimy dalej zapominając się często nawet pożegnać, dając do zrozumienia tej drugiej osobie, że jest nieważna. Że jest zapomniana wraz z usunięciem kontaktu z telefonu. I w tym świecie najtrudniej mają artyści, osoby zazwyczaj hiperwrażliwe. Które odczuwają więcej, nawet więcej niż powinny. Często rozrzewnia je to, co dla zwykłego człowieka jest proste do przeżycia. Żeby przetrwać natłok emocji, które tak ciężko jest im tłumić, bo z nich się składają, i je przekazują w sztuce, starają się znaleźć ukojenie w używkach, które pomagają im rozładować stres. Czy to seks, czy to dragi, czy alkohol, czy inne uzależniające sposoby na radzenie sobie z przeżyciami, których doświadczają, a z którymi tak ciężko się uporać. Co prawda nie jest tak, że tylko artyści mają problem z używkami, bo każdy może go mieć, czy to rzemieślnik, czy policjant, czy nauczyciel. I nie przeczę też, że każdy z nich może być artystą. Generalnie ktoś kto widzi i czuje tak mocno, że ma potrzebę tworzenia, trochę jak spuszczenia sobie krwi –  jest dla mnie artystą. Niezależnie od zawodu czy wykształcenia. I artyści właśnie budują kulturę, sztukę i społeczeństwo, wytyczają modę, kierunki. Bo nie odtwarzają jedynie tego, co się im nakazuje, ale coś z siebie dodają i poprzez tworzone dzieło sztuki wpływają na tworzenie się kultury i społeczeństwa.

Często przystankiem dla wrażliwców jest butelka, kreska, szybki numerek z kimkolwiek, żeby tylko odbudować zaburzone poczucie własnej wartości, dać sobie kopa emocjonalnego, żeby dalej tworzyć, pod wpływem nowych bodźców, albo stawiać czoła innym rzeczom, które nas przerastają, szczególnie gdy się nimi za bardzo przejmujemy. Powstaje pytanie, czy to nie jest złuda? Czy po alkoholu i dragach nie tworzymy gorzej? Czy zaliczanie wielości ludzi pomaga nam w odbudowie poczucia własnej wartości, czy właśnie raczej zagubienia? Czy artystom, jako jednostkom wrażliwym nie jest ciężko przeżywać ciągłych rozstań, zaburzeń emocjonalnych w jakimś związku, zdrad, a co za tym najczęściej idzie – strat? Czy te zawirowania emocjonalne nie doprowadzają do tego, że potem czujemy potrzebę zanurzenia się całemu w wódce albo zaburzenia świadomości dragami? Czy nie warto zwolnić, czasem włączyć powściągliwość, i tworzyć oraz w ogóle żyć na trzeźwo? Czy nie warto żyć w zgodzie z własnymi emocjami? Wyrażać je mimo że czasy nie sprzyjają osobom wrażliwym? Mimo że artyści dziś czują się wykluczeni społecznie, często niedostatecznie opłaceni, dorabiający w byle jakich pracach, zupełnie nie oddających ich zamiłowań, po to tylko by mieć na chleb.

Często twórców dzisiaj traktuje się jak zaburzonych emocjonalnie wariatów, którzy po to, żeby sobie ponarzekać na rzeczywistość, piszą książki, albo śpiewają piosenki, i brzdękolą na gitarze. Nie widząc, jak bardzo poświęcają się tym czynnościom. Ta praca to ich styl życia. Ale też ich zmora… Bo odbiera im często godność bogatego, albo chociaż odpowiednio dostatniego życia. Nie dziwne, że tylu z nich zapija swoje lęki i złe samopoczucie nie rozumiejąc, czemu plasują się na ławce dla żula, podczas, gdy tak naprawdę krążą myślami w podniebnych sferach wyobraźni.

Fajnie by było, by ludzie przestali wstydzić się mówić o swoich uczuciach. Może nie trzeba by było ich studzić wódką, zapominać dragami. Wszystkim nam byłoby łatwiej żyć. To jest wykańczające tak ciągle udawać nadludzi pozbawionych emocji, i wcale niemożliwe do osiągnięcia przez nas – składających się z bardzo delikatnych wnętrzności istot. Szczególnie serca.

(zapraszam na Dyskusje Bardzo Otwarte: „Sex, drugs, alkohol” www.facebook.com/events/817648192252988)

Photo by Amin Moshrefi on Unsplash

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.