Wyznania miłosne

Photo by Darius Bashar on Unsplash

Najsmutniejsze są słowa te niewypowiedziane. Te, które najpierw stają w gardle z przerażenia, że będą niewysłuchane, i patrzą na rozwój wydarzeń, w których nie biorą udziału. Czekają na swoją kolej w zawieszeniu na wędzidełku gardła, które kiedyś trzeba będzie podciąć wraz za skrzydłami słów. Przestaną bujać w obłokach, jeśli ich nikt nie wywoła do wyjścia. Jeśli na nie nikt nie czeka, bo nie ma żadnych oczekiwań na ich istnienie, i jeśli się nie pojawią w odpowiednim momencie, by uratować coś, co może zaistnieć tylko dzięki ich odwadze, to już takie zostaną na zawsze: niechciane (…) I smutne w swym niewypowiedzeniu. Nawet jeśli ryzykują swym życiem, złamaniem wyrazu wpół, wygięciem formy, powykrzywianiem znaczeń, to jednak powinny to zrobić. Bo inaczej po latach już nie będzie w nich strachu, pozostanie jedynie żal, i rozpacz, że nie wyszły na jaw. Że nie zaznały rozkoszy światła, ciepła innych ust, nie sprawiły rozkoszy żadnym zmysłom, nie usłyszały oklasków, nie zostały poproszone o bis, nie zostały docenione. I nie zapewniły radości innym. Zostały jako niesmak, gorycz, sprawiając ból krtani w ciągłej gotowości do płaczu, głuchego, bardziej bolesnego niż głośny, spazmatyczny. A słowa kochają całować literki. Głuchnąc stają się Absolutem niewypowiedzianym. Chcą dotyku innych słów, wplecenia w swoją historię innych zdań, innych opowiadań. Są bezczelne czasem w swym wołaniu o istnienie. Ale może to wynika z ich desperacji; z nieumiejętności pogodzenia się z zapatrzeniem innych w samych siebie, we wstrzymywaniu swoich własnych słów, z tylu niedopowiedzeń, z których można by było stworzyć świat nieskończenie wielu tworów językowych: raj dla wszystkich wyznań wyszeptanych i wykrzyczanych. Cichych i głośnych. Skrywanych i okazywanych.

Nie warto zostawać więźniem we własnym ciele. Lepiej wyjść i wygrać lub przegrać batalię o Miłość niż sczeznąć, niż być niedopuszczonym do głosu przez samego siebie, by następnie umrzeć, w konwulsjach powtarzać sobie swoje słowa jak litanię do Matki Boskiej. Która biedna nie pomoże, bo jak? Bo nic i nikt już nie pomoże temu co niedopuszczone zostało do życia. Tym niezrealizowanym możliwościom.

Najpiękniejsze jest to, gdy nasze słowa chcą wejść na siebie nawzajem, by
zapleść wiersz ze swych westchnień, i zahaczać słowo o słowo, przecinek o przecinek, znak zapytania o odpowiedź, wyznanie o wykrzyknienie, szept o szept, wdech o oddech, oddech o wdech. I ocierać się o siebie wydzielając ciepło życiodajne, miłosne, i spijając esencję swych aromatów i woni.

Słowo kocha w słowie się zatracić, zniknąć dla nowego swego powstania – wniebowstąpienia. Utracić swe poprzednie znaczenie dla nowego wymiaru anielskiego uniesienia. Wyrosnąć ze swej miłości ponad chmury rzeczywistych zdarzeń, zasłaniające to co na dole, co przeszkadza odlatywać, i odrywać się od bólu istnienia, od wiecznego układania słów w porządku alfabetycznym i wedle zasad gramatyki.

Życzę Wam z okazji Walentynek dużo odwagi. I uporu. I wytrwałości. I wiary. I nadziei. I spełnienia marzeń waszych tkwiących głęboko w Waszych słowach lub miedzy tymi słowami. I by dotarły one do tego, o kim marzycie, i były przyjęte z radością i najczulszym pochyleniem się nad nimi innych ust, i wypłynięciem z nich tak samo pięknego wyznania, które się splecie w miłosnym uniesieniu z Waszymi słowami, obietnicami trwania, nie poddawania się, i dalszej emisji głosu niosącego radosną wieść, że warto kochać, i mówić o tym sobie.

A tym, którzy żyją ze słowami ściskającymi ich gardło, życzę by trafiły na kogoś, kto zechce ich wysłuchać, i ukoi ból po tamtym traumatycznym utknięciu literek w jamie ustnej i zmieni układ literek w imieniu zastygłym na sklepieniu niebieskim gardła.

I by każdy znalazł odbiorcę Waszych najpiękniejszych słów i sam został odbiorcą takowych.

You may also like

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.